Przygoda w odległej galaktyce - recenzja "Solo: A Star Wars Story"
https://www.starwars.com

Przygoda w odległej galaktyce - recenzja "Solo: A Star Wars Story"

  • Dodał: Sebastian Sierociński
  • Data publikacji: 25.05.2018, 22:08

 

Solo: A Star Wars Story już od dnia zapowiedzi wzbudzał wiele kontrowersji, a od strony fanów Gwiezdnych Wojen z całego świata nasuwały się liczne pytania, lecz przez długi czas na żadne z nich nie otrzymali odpowiedzi. W stronę twórców pomknęły oskarżenia i brutalne słowa krytyki. Mówiono, że zdecydowanie za wcześnie na nowy film ze Star Wars, że wciąż nie wszyscy zapomnieli o głośnym Ostatnim Jedi i że tak naprawdę na dzień dzisiejszy nikt nie potrzebuje nowej produkcji uzupełniającej historię kosmicznych wojowników. Sceptycznie spoglądano również na Aldena Ehrenreicha. Według wielu młody aktor nie miał najmniejszych szans, by godnie zająć miejsce Harrisona Forda w roli przemytnika Hana Solo. Przez bardzo długi czas pod znakiem zapytania stała ostateczna data premiery filmu. Zastanawiano się nad grudniem tego roku. Od strony widzów twórcy nie mogli spodziewać się słów pokrzepienia. Krytykowano obsadę, reżyserów i cały pomysł na film. Czy Solo: A Star Wars Story jest w stanie obronić się przed falą krytyki i jednocześnie zamknąć usta nawet najgorszym sceptykom?

 

Warto wspomnieć, że skład twórców filmu uległ zmianie w czasie produkcji. W czerwcu 2017 roku Lucasfilm wydało oświadczenie mówiące, że Phil Lord i Chris Miller zostają odsunięci od projektu. Dwójka reżyserów jest kojarzona głównie z komediami sensacyjnymi, jak 21 Jump Street. Decyzję tłumaczono widocznym, złym kierunkiem, w jaki zmierzała produkcja. Na miejscu poprzedników zasiadł Ron Howard, który szczęśliwie doprowadził film do końca. Nie zmienia to faktu, że nagłe zmiany na stołku reżysera mogły mieć złe skutki na ogólny wygląd produkcji. Podczas seansu niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że sposób przedstawienia historii jest miejscami zbyt chaotyczny, a wątki mieszają się ze sobą, co niestety nie wpływa na korzyść filmu. Mówiąc bardziej obrazowo: produkcja miejscami przypomina szkolny projekt, nad którym pracują dwie różniące się diametralnie charakterem osoby. Jedna z nich jest rzetelna, dokładna i sumienna, a druga próbuje jak najszybciej skończyć pracę, nawet kosztem jej jakości. Czy jednak Solo: A Star Wars Story jest złym filmem?

 

 

Produkcja opowiada historię kosmicznego przemytnika, tytułowego Hana Solo. Młodzieniec podróżuje przez galaktykę w poszukiwaniu niezwykle cennego surowca, od którego zależy życie własne i jego przyjaciół. Towarzyszą mu: potężny Chewbacca, stwór rasy Wookie, młoda i powabna Qi`ra, w którą wciela się Emilia Clark (Gra o tron), nonszalancki Lando Carlissian (Donald Glover) oraz charyzmatyczny Tobias Beckett (Woody Harrelson). Razem usiłują wypełnić zadanie narzucone im przez złowrogiego Drydena Vos (Paul Bettany). Przyjaciele ruszają w pełną przygód i mrożących krew w żyłach niebezpieczeństw podróż po bezmiarze galaktyki. Żadne z nich nie ma pewności, czy z tej wyprawy kiedykolwiek wróci.

 

O ile sam opis fabuły może się wydać niezwykle interesujący, tak już samo wykonanie filmu pozostawia wiele do życzenia. Gwoli jasności, mówię to nie tylko jako wielki fan Gwiezdnych Wojen, ale także wieloletni kinomaniak, który na koncie ma już mnóstwo obejrzanych produkcji. Solo jest filmem poprawnym, lecz jak na - mimo wszystko - wysokie standardy filmów z uniwersum Star Wars, najnowszy obraz Lucasfilm przedstawia sobą jedynie średni poziom. Mam wrażenie, że największą wadą filmu jest jego przesadna wielowątkowość, a także mnogość przeplatających się ze sobą pomniejszych historii i dziesiątek postaci, które razem na ekranie tworzą niemały chaos. Twórcy, najwyraźniej niezbyt doświadczeni w produkcji tego typu filmów, postawili przed sobą zadanie niezwykle wymagające nawet dla najbardziej utalentowanych reżyserów. W założeniu miała być to produkcja odpychająca od widza wrażenie monotonności przez dynamiczne, nieustannie zmieniające się ujęcia, przedstawianie tej samej historii z różnych perspektyw i dorzucenie mnogości ciekawie zarysowanych postaci. W teorii brzmi to naprawdę znakomicie, lecz dzieło Rona Howarda nie stoi niestety na tak wysokim poziomie. I o ile do dynamiczności historii da się przyzwyczaić i nawet takie rozwiązanie zasługuje na słowa pochwały, tak osobiście odniosłem wrażenie, że twórcy nie dali sobie dość czasu, by przynajmniej część z głównych postaci zarysować nieco wyraźniej, dzięki czemu widz miałby szansę utożsamić się z nimi czy w jakikolwiek sposób polubić.

 

Na ekranie ujrzeliśmy kilka czarnych charakterów, lecz na dobrą sprawę żaden z nich nie wyróżniał się spośród dziesiątek innych zbirów w produkcji. Do podobnej sytuacji mogło dojść w przypadku niedawnego Avengers: Infinity War, lecz wtedy twórcy sprytnie zastosowali wielokrotność płaszczyzn, na których spotykali się poszczególni bohaterowie, dzięki czemu uniknięto wrażenia przesadnego chaosu na ekranie.

 

 

Bardzo spodobał mi się natomiast klimat filmu. Przez większą część produkcji mamy świetną okazję obserwować pełne brudu, biedy i strachu życie na planetach targanych wojną. Podczas kolejnych wydarzeń gdzieś na trzecim planie przewijają się żołnierze uciskającego Imperium, gigantyczne, gwiezdne krążowniki i opustoszałe pola bitew. Taka konwencja przypadła mi do gustu, bo przypomniała niesamowity klimat kultowej starej trylogii. Mroczne, pełne cieni ujęcia przywodzą na myśl karty komiksów Star Wars. Uważniejsi widzowie mogą także wychwycić liczne nawiązania do pozostałych produkcji z uniwersum Star Wars, co w moim przypadku ułatwiło wczucie się w film. Gwarantuję, że przynajmniej w tym aspekcie miłośnicy Gwiezdnych Wojen będą czuć się jak w siódmym niebie.

 

Zauważyłem jednak, że twórcy w pewnym momencie uświadomili sobie, że film czym prędzej należy skończyć i większość wątków, zarówno główne, jak i te poboczne, zakończyli w ciągu ostatnich dwudziestu minut, przez co widz obserwujący dziewięćdziesiąt minut czystej akcji nagle czuje, jakby zmuszony był do gwałtownego hamowania. A zaraz po tym wyświetlają się napisy końcowe i… i nic! Pewne wątki nie zostały zamknięte, co może wskazywać na możliwość kontynuacji filmu, o czym jednak nie jestem do końca przekonany. Wiemy na pewno, że przygód Hana nie zobaczymy w najbliższych latach. (Następną premierą Lucasfilm będzie ostatnia część trzeciej trylogii). Fakt, że film zakończono dość brutalnym cliff hangerem i przywołaniem dość charakterystycznej postaci z uniwersum również w mojej opinii nie wpływa pozytywnie na ogólną ocenę produkcji, gdyż można pokusić się o nazwanie jej nieco zbyt naciąganą i przekombinowaną.

 

 

Być może, skoro twórcy nie zdali egzaminu, film ubarwią chociaż aktorzy? Cóż: i tak, i nie. Obsada dobrana została z myślą o wykreowaniu ciekawych, barwnych postaci, które zrównoważą ogólny wygląd produkcji, a nawet nieco osłodzą widzowi film w wypadku, gdyby odtwórca tytułowej roli nie sprawdził się w najmniejszym stopniu. Na ekranie ujrzeć więc można między innymi Aldena Ehrenreicha, Emilię Clark, Woody'ego Harrelsona czy Donalda Glovera. Jak można się było spodziewać, Harrelson zagrał świetnie. Aktor wczuł się w rolę i zbudował mocny charakter dla swojej postaci. Różnicę w kunszcie aktorskim dało się natomiast wyczuć wśród młodszych kolegów Woody'ego. Niestety, Emilia Clark nie podołała zadaniu. Na ekranie prezentowała się sztywno i nienaturalnie, jak postać wklejona na siłę, żeby plakaty wyglądały ładniej. Donald Glover miał dobre chęci i w kilku scenach naprawdę ciekawie prezentował swoją postać. A Ehrenreich? Czy 28-letni Kalifornijczyk okazał się godnym następcą Harrisona Forda? Niestety, muszę powiedzieć, że nie do końca. Owszem, Ehrenreich opanował charakterystyczne ruchy i gesty Hana, lecz element najważniejszy, czyli mimika twarzy, został niemal całkowicie pominięty. Przez cały film nie uświadczymy nawet jednego charakterystycznego uśmiechu półgębkiem kosmicznego przemytnika, który tak świetnie zna każdy wielbiciel Gwiezdnych Wojen. Jeśli jednak ktoś nie jest miłośnikiem kosmicznych przygód, ta drobna niedogodność nie musi wcale psuć wrażeń z seansu.

 

 

Słowem podsumowania - Solo: A Star Wars Story nie jest filmem złym. To poprawna produkcja sci-fi i nieco gorszy element uniwersum Gwiezdnych Wojen. To obraz prezentujący bardzo wysoki poziom audiowizualny, który jednak nie rekompensuje bardziej wymagającym widzom pozostałych niedogodności, jak postaci dorzucane do filmu na siłę czy tylko ogólnie zarysowane sylwetki bohaterów. Jest duża szansa, że wielbiciele Star Wars będą czuć duży zawód, tym bardziej, że poprzednia produkcja LucasfilmOstatni Jedi prezentowała sobą nieporównywalnie wyższy poziom nie tylko wizualny, ale także w kwestii głębi przedstawianej historii i pełniejszych, dojrzalszych, wyczuwalnych relacji między bohaterami, które w Solo: A Star Wars Story zdawały się być zbyt płytkie i mało znaczące. Film warto zobaczyć, choćby tylko dla uzupełnienia wiedzy o kosmicznym przemytniku i jego wiernym, włochatym towarzyszu, ale także przypomnienia sobie klimatu starej trylogii, którego w filmie nie brakuje, co jest jego ogromnym plusem. Przejawem naiwności będzie jednak pójście na Solo: A Star Wars Story z przekonaniem, że jest to produkcja na długo utrwalająca się w pamięci i która ma szansę zając zaszczytne miejsce obok takich hitów jak Nowa Nadzieja, Imperium Kontratakuje czy Powrót Jedi.

 

Ogólna ocena: 7/10

 

 

 

Sebastian Sierociński

Student Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Publicysta, bloger, miłośnik kina i literatury. Wielbiciel filmów każdego gatunku i klasycznego jazzu.