Droga na szczyt, czyli "Becoming. Moja historia" - recenzja

Droga na szczyt, czyli "Becoming. Moja historia" - recenzja

  • Dodał: Patryk Rzemyszkiewicz
  • Data publikacji: 15.03.2019, 18:30

Pewne pozycje księgarskie, które pojawiają się na rynku, z początku nieszczególnie działają na moją wyobraźnię, by z czasem coraz mocniej zachodzić w głowę. Tak było z autobiografią Michelle Obamy – Becoming. Moja historia, która z każdym kolejnym dniem i opinią usilniej domagała się zakupu. Koniec końców, musiałem sprawdzić, co do powiedzenia ma jedna z najbardziej aktywnych Pierwszych Dam w dziejach.

 

Michelle Obama to już nie tyle kobieta, która wywodząc się z nizin społecznych osiągnęła sukces, co marka. Rozpoznawalna na pierwszy rzut oka, wszystkim wydaje się, że znają jej historię na wskroś. Przez lata stała się kimś więcej, niż Pierwszą Damą uśmiechającą się u boku męża. Przeobraziła się w żywy symbol nadziei i motywacji dla osób wywodzących się z niższych sfer. Pokazała, że jeśli jest się konsekwentnym i zdeterminowanym, to nie ma barier, których nie da się przełamać.

 

Główna bohaterka i autorka zarazem opowiada o swoim życiu od najmłodszych lat. Znalazło się tu miejsce na  kolejne szczeble edukacji oraz kariery. Michelle Obama bardzo szczegółowo przybliża swoją sytuację rodzinną i społeczną. Opisuje mieszkanie w dzielnicy, która zmieniała się przez lata. Opowiada o małych, ale wspaniałych, wydarzeniach związanych z najbliższymi jej osobami. Lekcjami pianina, odsłuchiwaniem dziesiątek płyt winylowych, czy przejażdżkami samochodowymi z ojcem.

 

Widać, że Obama nie chce w swojej narracji nikogo skrzywdzić. Stara się jak tylko może oddać wszystkim sprawiedliwość. I właśnie tutaj pojawia się problem, który sprawia, że nie jest to lektura, która wchłania od samego początku. Mianowicie była Pierwsza Dama nie potrafi oddzielić spraw istotnych od nic nie wnoszącej prozy życia. Brak dystansu do pewnych wydarzeń, to jeden z grzechów głównych wszelkich autobiografii.  O pewnych rzeczach przypomina się tu wręcz nagminnie i trudno nie odnieść wrażenia, że przydałby się ktoś, kto uświadomiłby autorce zaistniały problem.

 

 

Książka dzieli się na trzy części, które można przedstawić jako życie w pojedynkę, związek z Barackiem Obamą i okres prezydencki. Podział rozsądny, który jednak nie broni się tak, jak powinien, a wszystko za sprawą objętości. Można odnieść wrażenie, że autorka dostała wolną rękę i nikt szczególnie nie przykładał się, żeby pewne momenty skutecznie okroić. Przeładowana zdaje się chociażby część związana z dzieciństwem i dorastaniem, w której wręcz roi się od powtórzeń. Za to późniejsza droga zawodowa często kończy się na ogólnikach pokroju opisu stanowiska czy pojedynczych sukcesów.

 

Najbardziej przystępna i interesująca wydaje się część trzecia, czyli pobyt w Białym Domu. I nie chodzi tu wcale o kwestie rządów prezydenta. Bardzo ciekawy jest aspekt życia rodziny prezydenckiej sam w sobie. Nie tylko przywileje, jakie się z tym wiążą, ale także masa ograniczeń, które sprawiają, że wyprawa do sklepu wydaje się godnym celebracji świętem. Spostrzeżenia w tym segmencie są intrygujące i sprawiają, że pod pewnym względami zmienia się spojrzenie na pracę i wizerunek instytucji, jaką jest prezydent i jego rodzina.

 

Ciepłe słowa należą się Michelle Obamie także za to, że umiejętnie przybliża szczegóły dotyczące mediów i własnej roli w wyborach. Odkrywaniu świadomości, na czym to wszystko polega. Jaki jest koszt walki o najwyższy urząd i jak bardzo trzeba się na tym polu pilnować. Przedstawieniu roli szczegółu, którym może być zdanie wyjęte z kontekstu, przeobrażające się w narzędzie walki politycznej. Zobrazowaniu, jak oczekiwania względem żony wspierającej przyszłego elekta prędko stają się niebotyczne.

 

Trudno przy tym nie mieć wrażenia, że pewne aspekty zostały w tej książce pominięte. I nie chodzi mi o zakazane kwestie tyczące się władzy czy obronności kraju, ale cokolwiek bezkrytyczne spojrzenie na osiem lat rządów samych w sobie. Główna bohaterka tej opowieści zdaje się być osobą prawdziwą i szczerą, ale nie pamiętam ani jednej krytycznej uwagi dotyczącej prezydentury w Białym Domu. Jakby ta podwójna kadencja była usłana różami i dobrymi chęciami, które zostały zbombardowane przez ‘’wrednych” Republikanów.

 

 

Rozumiem ochronę rodziny i oddanie względem niej. Jednak przez wygładzenie pewnych rzeczy nie mogę spojrzeć na tę autobiografię przychylnie. Opowiadając o sobie, trzeba zebrać się na dystans. Powiedzieć wbrew wszystkiemu parę cierpkich słów o sobie i najbliższym otoczeniu. Udaje się to częściowo we fragmentach dotyczących macierzyństwa czy wyboru własnej drogi, ale to za mało. Nie chodzi o to, by krzywdzić bliskich, ale pokazać, że jak wszyscy popełniamy błędy, choć staramy się jak możemy. Tymczasem po lekturze wnioski zdają się zbyt proste - robiliśmy wszystko jak trzeba, ale przeciwnicy nie pozwolili nam dokonać prawdziwych zmian.

 

Becoming. Moja historia ma dobre momenty, chwile prawdy, oddania w stosunku do czytelnika i wtedy ta opowieść sprawdza się najlepiej. Przy tym nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w większości to wygładzona wersja własnej historii, okrojona pod bezkrytycznego czytelnika. Przeładowana zbędnymi treściami i często to, co istotne zalane jest przez mniej ważkie czy interesujące kwestie. Sam styl pisania też niczego szczególnego w sobie nie oferuje, no chyba że weźmiemy za to parę rażących kiczowatością, uniwersalnych rad życiowych pokroju "pracuj ciężko i wszystko się uda".

 

Mam problem z tą pozycją, choć wiem, że świetnie się sprzeda i przy odpowiednim nastawieniu może sprawić trochę radości. Koniec końców - to rzecz nieszczególnie napisana i stanowczo zbyt długa. Idealny marketingowy produkt stworzony od linijki, któremu przydałaby się rozsądna osoba nadzorująca. Wtedy, kto wie, może otrzymalibyśmy inspirującą lekturę. Tak, pozostajemy z autobiografią, która w momencie premiery zbierze swoje żniwo, ale za parę miesięcy nikt nie będzie o niej pamiętał, jak o wielu innych napędzanych promocją ”życiowych” opowieści.

 

Ocena - 5/10