DJ i HU - Mongołowie ponownie podbijają świat
K. Truszkowski / poinformowani.pl

DJ i HU - Mongołowie ponownie podbijają świat

  • Dodał: Karol Truszkowski
  • Data publikacji: 26.06.2019, 20:12

24 czerwca w warszawskim klubie Proxima odbył się pierwszy w historii Polski koncert zespołu The HU z Mongolii. Jako support zaprezentował się łódzki DJ Squal. Relacja Karola Truszkowskiego.

 

DJ Squal niczym hiszpańska inkwizycja.

Organizatorzy zapowiadali, że przed Mongołami wystąpi łódzki producent, który funduje dźwięki funkowe, hiphopowe, breakbeatowe. Na pewno nikt nie spodziewał się, że ktoś taki będzie supportować folk-rockową grupę z drugiego końca świata. Ale jednak tak się stało, co zdziwiło wielu zainteresowanych koncertem. W końcu jak to ma się ze sobą łączyć? Równie dobrze przed Justinem Bieberem mógłby zagrać Behemoth. Ale wątpliwości zostały rozwiane w chwili otwarcia drzwi klubu. DJ Squal stanął na scenie za stołem ze swoim sprzętem, a z głośników popłynęły zupełnie odmienne dźwięki. Nikt się nie spodziewał, że puszczone zostaną typowe dla dalekowschodniego folkloru melodie. Muzyka raczej nie zachęcała do jakiejś energetycznej zabawy i tańca, za to sprawiała, że chciało się zamknąć oczy i popaść w zadumę. Potem jednak doszło do kilku zmian w repertuarze i DJ sięgnął m.in. po Vodka zespołu Korpiklaani, a także fragment Smells Like Teen Spirit w jakimś najpewniej deathcore'owym wydaniu. Występ miał jednak pewną wadę. Mimo wszystko, muzyk mógł trochę bardziej się zaangażować emocjonalnie i zadbać o lepszy kontakt z widownią. Głównie stał z kamienną twarzą, ale jego dłonie wykonały dobrą robotę, której efektem była miła dla ucha relaksująca muzyka. Z tych kilku powodów porównałem Squala do Montypythonowskiego skeczu o hiszpańskiej inkwizycji. Nikt się nie spodziewał takiego supportu, a tym bardziej nikt się nie spodziewał dźwięków, które polecą ze sceny.

 

Dżyngis-chan - 800 lat później.

Po krótkiej przerwie sceną zawładnęło ośmiu skośnookich mężczyzn. W tym momencie publiczność całkowicie oszalała, która zaczęła krzyczeć "HU-HU-HU-HU-HU-HU" jak jakieś dzikie plemiona z Amazonii czy Afryki Subsaharyjskiej. Co można powiedzieć o występie zespołu? Na pewno to, że idealnie łączy ze sobą nowoczesność z tradycją. Połowa składu to muzycy koncertowi, którzy trzymali się głównie tyłu sceny, a grali na zwykłych gitarach basowych i elektrycznych, a także perkusji i pięknie zdobionych bębnach. Natomiast właściwi członkowie The HU stanęli w szeregu z przodu. Dwaj z nich grali na wiolonczelo-podobnych morin chuurach - ludowych instrumentach smyczkowych o dwóch strunach i wykończonych końskimi łbami. Trzeci muzyk dzierżył mongolską gitarę, natomiast ostatni od czasu do czasu wyciągał z kieszeni swojej kurtki flet lub szczękową harfę. Już sam wizerunek muzyków robił wrażenie - długie włosy, zwykle upięte w kucyki, ciemnoszare ubrania, wcześniej wymienione zdobienia instrumentów. Przywodziło to na myśl armię Imperium Mongolskiego, które niegdyś obejmowało niemal całą Azję. Nie ma co się dziwić, że koncert został wyprzedany - takich rzeczy nie widzi i nie słyszy się na co dzień w Polsce, a człowiek z natury jest ciekawy świata i chce poznawać to, co jest inne. Występ rozpoczął się od kompozycji Shoog Shoog. Kolejne piosenki były równie energetyczne, ale też trafiały się propozycje wprawiające w stan zadumy. Harfa szczękowa i gardłowy mongolski śpiew hipnotyzowały każdego. Kulminacyjnym momentem było zagranie piosenek, dzięki którym The HU został zauważony na świecie, czyli Yuve Yuve Yu oraz Wolf Totem. I choć teksty są po mongolsku, to nie przeszkadzało nikomu próbować swoich sił w śpiewaniu razem z zespołem. Mongołowie przyciągnęli nie tylko polską młodzież. Wśród publiczności można było dostrzec dosyć licznych reprezentantów seniorów, rodziny z małymi dziećmi i, co chyba nikogo nie dziwi w tym przypadku, Azjatów, najpewniej też etnicznych Mongołów. Muzyka łączy pokolenia i narody. Ludzkiej chęci poznania innych kultur nie da się powstrzymać. Takie wydarzenie zapamięta się na całe życie. Jest to doskonały przykład, jak pod płaszczykiem heavy metalu lub innych elementów współczesnego świata, pokazać tradycje liczące sobie setki lat. Po co komu k-pop, skoro mamy mongolski folk-rock? Po co melodyjnie wykrzykiwać na koncertach "HEJ-HEJ", skoro można krzyczeć "HU-HU"? Oby zespół rychło ogłosił kolejne występy w naszym kraju - każdy musi doświadczyć muzycznego podboju spadkobierców Dżyngis-chana.

Karol Truszkowski

Miłośnik geografii, historii XX wieku, ciężkiej muzyki i japońskiej popkultury. Absolwent Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego.