Polski towar eksportowy. "Evangelion" 10 lat później
rockmetalnews.pl

Polski towar eksportowy. "Evangelion" 10 lat później

  • Dodał: Bartosz Moszkowski
  • Data publikacji: 07.08.2019, 23:20

Dokładnie dekadę temu światło dzienne ujrzał dziewiąty album studyjny grupy Behemoth, Evangelion. Krążek, który otworzył Pomorskiej Bestii drogę na muzyczne salony - choć czy w przypadku tak radykalnej muzyki można wprost mówić o salonach?

 

Na początek warto odłożyć na bok wszelkie kontrowersje i spory, narosłe wokół grupy. Są i będą najpopularniejszym polskim zespołem na świecie, co do tego nie ma wątpliwości. Paradoksalnie, ich popularność rośnie właśnie dzięki tym bluźnierczym i prowokacyjnym działaniom. Muzycznie są naszym dobrem narodowym, towarem eksportowym na cały świat - powinniśmy zatem schować dumę do kieszeni i cieszyć się, że Polskę reprezentuje zespół najwyższej jakości, w dodatku grający taką muzykę, której w radiu nie usłyszymy.

 

Wróćmy jednak do naszej jubilatki. Evangelion to ostatni album studyjny Behemoth wydany przed chorobą Nergala, co dość wyraźnie słychać po wokalu. Uderza niczym grom, przeszywa słuchacza na wylot i jeszcze długo rezonuje we wnętrznościach. Jest potężną mieszanką gniewu, frustracji, obrzydzenia i rozpaczy nad zniewolonym światem.

 

 

Nie inaczej jest w przypadku samej muzyki. Album brzmi tak świeżo, że wydaje się, jakby został wydany wczoraj, a nie 10 lat temu. Miażdżąca i brutalna ściana dźwięku o natężeniu eksplozji bomby atomowej, niszcząca wszystko na swojej drodze. Każda pojedyncza nuta została dokładnie zaplanowana i zagrana z najwyższą precyzją. Nergal i Seth tworzą niepowtarzalny duet gitarowy, na zmianę częstując słuchacza niesamowitymi solówkami i potężnymi riffami. Swoją cegłę do tego majstersztyku dokłada Orion, atakując trzewia niskimi częstotliwościami. Tutaj należy się pochwała za mastering płyty i dość (jak na heavy metalowy zespół) częste eksponowanie basu, który przy tak zawrotnych prędkościach zwyczajnie nie ma jak wybrzmieć.

 

No właśnie, prędkość. Tętno zespołu jak zawsze stanowi niezastąpiony Inferno, którego gra jest tak równa, że można od niej kalibrować metronomy. Potężna i nieokiełznana eksplozja uderzeń, granych z prędkością niedostępną dla zwykłych śmiertelników. Czasem zwalnia tempo, jednak tylko po to, by zbudować klimat i za chwilę znów zaatakować z pełną mocą. Pisałem o tym przy okazji recenzji I Loved You At Your Darkest i powtórzę to raz jeszcze - ta niszczycielska wręcz praca perkusji wprowadza słuchacza w pewien trans, który pozwala na chwilę oderwać się od rzeczywistości i zapomnieć o wszystkim, co nas otacza.

 

 

Tekstowo Behemoth nigdy nie zawodzi; powiem więcej, każdy kawałek zmusza do refleksji i szukania odpowiedzi na to, o czym opowiada warstwa liryczna. Tutaj należy się kolejna pochwała - wyjaśnienie nie jest podawane na tacy, dzięki czemu każdy sam może stworzyć własną interpretację utworu. Tak samo jak zrobił to zespół w przypadku wiersza Tadeusza Micińskiego, Lucyfera.

 

Najlepszymi zwieńczeniami płyt są utwory, które na długo zapadają w pamięć, by wybrzmiewać w niej jeszcze długo po wysłuchaniu. Takim utworem jest Lucifer, adaptacja wspomnianego wyżej liryka. Powolny, wręcz doomowy kawałek, ciężki jak człowieczy los; całość wspaniale uzupełnia teatralna atmosfera i gościnny występ Macieja Maleńczuka, z pogardą recytującego następujące słowa wiersza: Ja - otchłań tęcz - a płakałbym nad sobą/Jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach/Jam blask wulkanów - a w błotnych nizinach/Idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą/Na harfach morze gra - kłębi się rajów pożoga/I słońce - mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga.

 

 

Reasumując, Evangelion to materiał kompletny i ponadczasowy, a zarazem ostatni album w historii Behemoth, który muzycznie nie wychodzi jeszcze poza ramy kanonu muzyki ekstremalnej. Jest najbardziej dojrzałą płytą w ich dyskografii, zaś jej następczynie - i obecne, i przyszłe - są niesamowitymi efektami coraz śmielszego poszerzania muzycznych horyzontów. Tym krążkiem zdobyli szczyt, a kolejne tylko udowadniają, że nie ma dla ich rzeczy niemożliwych. Oby tak dalej.

 

Tracklista:

 

 

1. Daimonos

2. Shemhamforash

3. Ov fire and the void

4. Transmigrating beyond realms ov Amenti

5. He who breeds pestilence

6. The seed ov I

7. Alas, Lord is upon me

8. Defiling morality ov black god

9. Lucifer

Bartosz Moszkowski

Student 3ego roku bezpieczeństwa wewnętrznego na Uniwersytecie Warszawskim. Z zamiłowania perkusista i recenzent piw rzemieślniczych. Pasjonat mocnych brzmień, fantastyki, post - apokalipsy i wojskowości. Kiedyś napisze książkę w klimatach S.T.A.L.K.E.R.a. KIEDYŚ. P.S. Ten starszy pan to Adam Nergal Darski ;)