Bankructwo Gibsona

Bankructwo Gibsona

  • Data publikacji: 09.05.2018, 18:06

Słońce zachodzi nad Tennesse...

Ikoniczne obrazy Slasha z teledysku „November Rain”, grającego przed kościołem na swoim Les Paulu czy Angusa Younga szalejącego po scenie z modelem SG, już niemal na stałe wpisały się w obraz popkultury. Poprzez muzyków legendą stała się również firma produkująca ich instrumenty - Gibson. Założona w Kalamazoo, przez Orville'a Gibsona, pierwszą falą popularności cieszyła się w latach 60. W 1986 roku producent był jednak bliski upadku. Wtedy pojawił się Henry Juszkiewicz z dwoma przyjaciółmi, którzy przejęli firmę. Obecny dyrektor generalny zmienił charakter działalności, tworząc korporację Gibson Brands Inc., do której należą dziś m.in. Epiphone, Baldwin czy dział audio Philipsa. Pojawienie się na scenie muzycznej muzyki grunge czy druga młodość hard rocka na początku lat 90. przyczyniły się do restauracji panowania producenta na rynku instrumentów gitarowych. Wyroby z tamtych lat uważane są za najlepsze, jakie wyszły spod rąk lutników w historii Gibsona. Za popularnością poszły jednak skutki cenowe - dziś za najtańszy model SG zapłacimy około trzech tysięcy złotych, za Les Paul Standard - niemal czternaście tysięcy. Gdy porównamy to do największego producenta obok Gibsona - Fendera, możemy odkryć pierwszą przewinę firmy. Mianowicie, flagowy Fender Stratocaster Standard to koszt trzech tysięcy złotych. Droższe wersje Deluxe czy Special są dwa razy tańsze od Les Paula Standard. Podobnie sytuacja ma się z modelami Telecaster czy Jaguar.

Szybciej! Więcej! Lepiej?

Kolejnym powodem realnej groźby bankructwa jest podaż oferowana przez rynek wtórny. Kto chce płacić wysoką cenę za nierozegrany instrument, który w dodatku wykonany jest gorzej, niż jego starsze wersje, gdy możliwy jest zakup gitary z najlepszego okresu, z najlepszym wykonaniem, w znacznie niższej cenie. Gibsonowi zarzuca się dziś słabe wykonywanie podstrunnic czy progów, wielu grających nie jest również zwolennikami G-Force, systemu automatycznego strojenia, przez który firma w dodatku wpadła ostatnio w dodatkowe tarapaty. Tonical, produkujący podzespoły do wspomnianych systemów, pozwał korporację za zerwanie umowy oraz niewypłacenie umówionego procentu zysków. Kwota pozwu sięgnęła pięćdziesięciu milionów dolarów.

Quo Vadis, Gibson?

Spółka chce ratować się rozdziałem 11. prawa o bankructwie Stanów Zjednoczonych. Umożliwia on reorganizację, co oznacza najpewniej sprzedaż firm od Epiphone'a, przez Baldwina, po dział audio Philipsa oraz powrót do produkcji gitar. Spekuluje się również o tym, że warunkiem wierzycieli jest odejście Juszkiewicza, który utracił ich zaufanie nie potrafiąc spłacić już ponad pół miliarda dolarów długu. Ostatecznie, być może cała sytuacja okaże się korzystna dla muzyków - do sklepów trafią tańsze instrumenty, a Gibson uważnie przeanalizuje sukces własnego Epiphone'a czy Fendera w segmencie tanich gitar, obecnie największym w całym przemyśle instrumentów strunowych.