"Na głęboką wodę" - recenzja
cojestgrane24.wyborcza.pl

"Na głęboką wodę" - recenzja

  • Dodał: Sebastian Sierociński
  • Data publikacji: 29.06.2018, 16:21

Moim zdaniem stworzenie dobrego filmu opartego na faktach jest znacznie trudniejsze,
niż napisanie własnej opowieści.

Reżyser ma bowiem za zadanie zainteresować widza i przedstawić mu historię, której zakończenie jest już znane. Dlatego szczególnie doceniam twórców, którzy potrafią opowiedzieć pewną historię na swój sposób, z zaimplementowaniem osobistej interpretacji pewnych zdarzeń oraz z określeniem własnego spojrzenia na dany temat, który zna już część widzów. Przykładem takiego dzieła jest właśnie Na głęboką wodę. Film niełatwy, wymagający cierpliwości i skupienia, ale to także produkcja, która w ciekawy sposób mówi o sile miłości, przyjaźni, zaufania i naturze człowieka, której nikt z nas do końca nie zna. Oto jak wypadło najnowsze dzieło Jamesa Marsha, mające premierę w Polsce właśnie dziś, 29 czerwca.


Film opowiada historię Donalda Crowhursta, 37 - letniego mieszkańca brytyjskiego hrabstwa Somerset. Mężczyzna ma kochającą żonę i trójkę dzieci. Każdego weekendu Donald zabiera bliskich nad morze, by razem mogli oddawać się ulubionemu hobby – żeglarstwu. Można by powiedzieć, że ich życie jest idealne – spokojne i pozbawione stresu. Rodzina Crowhurstów ma jednak poważne problemy finansowe. Kiepsko prosperująca firma, zajmująca się sprzedażą wynalazków własnej roboty, nie przynosi wystarczających zysków. Donald postanawia więc wziąć udział w żeglarskim wyścigu dookoła świata – Sunday Times Golden Globe. Mężczyzna dostrzega wielką szansę. Zyski z wygranej oraz wkład sponsorów rozwiązałyby bowiem wszystkie jego problemy. Podejmuje trudną decyzję. Postanawia opuścić rodzinne miasteczko i wyruszyć w pełną niebezpieczeństw, samotną podróż dookoła świata. Zaopatrzony w radio, sprzęt i zapas jedzenia, pokonuje kolejne tysiące mil ku upragnionemu zwycięstwu.

 

                                                                                      Źródło: irishtimes.com

Do seansu podszedłem z całkowicie neutralnym i czystym spojrzeniem, to znaczy w zasadzie nie byłem pewny, na czym skupi się akcja filmu ani nie kojarzyłem wcześniejszych obrazów nieznanego mi reżysera. Nie znałem także zakończenia całej historii (bo, jak wiadomo, produkcja oparta jest na faktach). Po zapoznaniu się z dziełem Jamesa Marsha doszedłem do wniosku, że właśnie takie podejście „na czysto” pozwoliło mi w tak dużym stopniu docenić całość obrazu. Na głęboką wodę porusza, bo reżyser w wielu scenach niemal bawi się uczuciami widza. Twórcy mieszają elementy i wątki, akcja na oceanie przeplata się ze spokojnymi ujęciami z odległej Wielkiej Brytanii i moim zdaniem nie można było z tą produkcją zrobić niczego lepszego. Bo kiedy widz zagłębi się w tę historię, trudno jest mu obserwować akcję z całkowitym spokojem i tak dynamiczny sposób przedstawienia historii sprawia, że trudno jest oderwać oczy od ekranu choćby na moment. Podczas seansu autentycznie wczuwałem się w sytuacje poszczególnych bohaterów, niekiedy bardzo dramatyczne, ale też życiowe i przykre. Po zakończeniu seansu trudno się otrząsnąć, bo zżycie z głównym bohaterem jest wyjątkowo proste. Tu wielkie brawa dla obsady. Warto wybrać się na film, choćby ze względu na znakomity pokaz umiejętności i kunsztu aktorów.

 

                                                                                           Źródło: imdb.com

 

Na ekranie ujrzymy bowiem prawdziwą plejadę gwiazd, głównie brytyjskich aktorów. W roli głównej Colin Firth (To właśnie miłość, Jak zostać królem), który zaliczył świetny występ. Nareszcie dano mu wystarczającą ilość czasu, by mógł w pełni zaprezentować szeroki wachlarz umiejętności. 57- letni aktor odnalazł się w roli, budując realny, poruszający obraz człowieka, który ryzykuje życie, by zapewnić godną przyszłość rodzinie. W filmie dość często widzimy również Rachel Weisz (Wróg u bram, Oz: Wielki i Potężny). Wciela się ona w rolę żony Donalda, Clare. Weisz w ciekawy sposób ukazała dwa oblicza kobiecej natury: początkowo kreowała się na cichą, spokojną partnerkę głównego bohatera, później zaś zaprezentowała charakter silnej matki trojga dzieci. W pamięci szczególnie utrwala się jedna z ostatnich scen, kiedy to wzburzona Clare udziela „wywiadu” grupie dziennikarzy. Na ekranie ujrzeć można również Davida Thewlisa (Harry Potter i Więzień Azkabanu, Teoria wszystkiego). Tu również nie ma wątpliwości – Thewlis także pokazał się w obrazie z jak najlepszej strony, wcielając się w rolę Rodneya Hallwortha, pracownika gazety będącego wsparciem dla rodziny Donalda, ale również osobą, która pilnuje, by o czynach Crowhursta świat tak szybko nie zapomniał. W lokalnej gazecie prowadzi szczegółową relację z rejsu, dzięki czemu wiadomości rozchodzą się na znaczącą część globu. Faktem jest, że dużo przyjemności przynosi samo obserwowanie gry aktorów, tu nikt nie powinien czuć się zawiedziony.

 

Oczywiście nie jest to produkcja pozbawiona wad. Wymaga od widza cierpliwości, bo przez pierwszą część akcja rozwija się bardzo powolnie i miejscami można się poczuć znużonym. Oprócz tego w filmie występują liczne retrospekcje, główny bohater prowadzi monologi, rozmyślania. Te elementy również nie należą do wielce porywających, ale budują pewien klimat i pomagają zrozumieć Donalda Crowhursta, a także poniekąd przygotowują widza do ostatecznego finału historii. Patrząc na film całkowicie obiektywnie należy przyznać, że pierwsze fragmenty produkcji wymagają większej ilości pracy, głównie nad dialogami i sposobem, w jakim akcja popychana jest do przodu. Nie są to jednak wady wielce szkodzące całości obrazu.

 

                                                                                          Źródło: theexeterdaily

 

Na głęboką wodę nie należy do filmów, na które wybieramy się do kina w nadziei na ogromną ilość akcji i efektów specjalnych. To raczej spokojna, stonowana produkcja, co wcale nie oznacza, że jest nudna. Wręcz przeciwnie – film trzyma w napięciu do samego końca, zapewniając widzowi ogromną dawkę emocji. I na tym polega magia kina, bo nagle, podczas seansu uświadamiamy sobie, że siedząc wygodnie w fotelu czujemy się, jak bohaterowie oglądanego filmu, a codzienne problemy i zmartwienia na te magiczne dwie godziny odchodzą gdzieś daleko, na trzeci plan. Jeśli więc planujecie wybrać się do kina i macie dość amerykańskich filmów akcji lub francuskich komedii, serdecznie polecam produkcję Jamesa Marsha. To obraz warty obejrzenia nie tylko ze względu na utalentowanych, oddanych swym rolom aktorów i ciekawą, pełną zaskoczeń fabułę, ale choćby dlatego, że to piękna, życiowa opowieść o sile miłości i ludzkim poświęceniu. A czasem takich właśnie historii nam trzeba.


Ogólna ocena: 7/10

Sebastian Sierociński

Student Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Publicysta, bloger, miłośnik kina i literatury. Wielbiciel filmów każdego gatunku i klasycznego jazzu.