Z Linią Nocną o muzyce, nietoperzach i komunikacji miejskiej [WYWIAD]
Linia Nocna

Z Linią Nocną o muzyce, nietoperzach i komunikacji miejskiej [WYWIAD]

  • Dodał: Jakub Tront
  • Data publikacji: 04.05.2021, 19:30

Linia Nocna to duet, który tworzą Monika Mimi Wydrzyńska i Mikołaj Trybulec. Ich pierwsza piosenka To błąd nie była tym, czym ich pierwsze spotkanie. Na swoim koncie mają dwa albumy studyjne, wydany w 2018 roku album Znikam na chwilę oraz album Szepty i Dropy, który miał premierę w listopadzie 2020 roku. Rozmawiał Jakub Tront.

 

Jakub Tront: Cześć. Dzięki, że zgodziliście się na rozmowę dla portalu poinformowani.pl. Na początek chciałem Was zapytać, skąd wzięła Wam się muzyka? Ktoś Was zainspirował, w Waszym domu był jakiś instrument?

 

Mikołaj Trybulec: Jeżeli chodzi o mnie, to muzyka zawsze była u mnie w domu. Właściwie każdy z rodziny miał jakiś epizod muzyczny. Tata grał na gitarze, w domu zawsze było też pianino i dużo śpiewania. Czy to jakichś kołysanek, czy innych utworów, ale muzyka zawsze była u mnie obecna. Mimo że długo szukałem drogi zanim wybrałem, że będzie to ostatecznie produkcja muzyczna. W tamtych czasach nie było to jeszcze takie popularne, ale instrumenty i muzyka gdzieś tam zawsze były.

 

Monika Wydrzyńska: Moi rodzice opowiadają, że już jako mała dziewczynka, jak większość małych dziewczynek, byłam zainteresowana śpiewaniem. Cały czas śpiewałam i była to moja ulubiona zabawa. Gdy miałam 2,5 roku, to miałam pierwszy występ w przedszkolu, do którego poszłam wcześniej. Śpiewałam wtedy Była sobie żabka mała z taką żabką na czole. Mam nawet zdjęcia, to był mój pierwszy publiczny występ. Moje obie babcie bardzo lubiły śpiewać, moja mama także bardzo ładnie śpiewa i śpiewała w zespole harcerskim. Kołysanki również pamiętam doskonale i dodam, że intro do naszej pierwszej płyty to jest właśnie kołysanka, którą moja babcia mnie nauczyła. Przez wiele lat byłam przekonana, że to jest jej piosenka. Kiedy usłyszałem, że Anna Maria Jopek skomponowała ten utwór, to zdziwiłam się, że Anna Maria Jopek śpiewa kołysankę mojej babci. I teraz mam właśnie taką pamiątkę na płycie.

 

 

JT: A czego słuchaliście, gdy dorastaliście? Jaka muzyka Was kształtowała?

 

MW: To jest dosyć ciekawe, bo ja jako dziecko szkolne, kiedy poszłam do szkoły muzycznej na wydział klasyczny, to słuchałam i grałam głównie muzykę klasyczną. Nie mam takich wspomnień, że interesowałam się tym, co było modne i co było w radiu. U mnie przewijało się naprawdę dużo klasyki i to nie z przymusu, naprawdę ją pokochałam. Moje pierwsze wspomnienie z inną muzyką, to gdy mam 10 lat, idę do sklepu z płytami i wydaję moje 10 zł na dwie płyty. Były to płyty Anny Marii Jopek i Marka Grechuty. Ja właśnie takich poważnych, jak na małe dziecko, rzeczy słuchałam, za to teraz sobie odbijam.

 

MT: U mnie było to bardzo różnorodne, miałem etapy i fazy na każdy chyba gatunek muzyki. Od metalu, rocka i mocnych brzmień, wtedy zaczynałem grę na gitarze. Miałem etapy jazzowe i R&B, i wtedy ćwiczyłem wszystkie te rzeczy na basie. Miałem też fazę na reggae, pamiętam jak czytałem biografię Boba Marleya. Później przyszła ta fala popowa, kiedy zacząłem słuchać Rihanny i jakichś totalnie wcześniej niewyobrażalnych dla mnie utworów. Przez Linię Nocną zahaczyłem o alternatywę i alternatywnych artystów. Teraz robię również muzykę klubową. Chyba tylko na klasykę nigdy nie miałem fazy, w przeciwieństwie do Mimi, jedynie muzykę filmową faktycznie kiedyś liznąłem.

 

JT: Kiedy był ten moment, gdy zrozumieliście, że muzyka to będzie to, co będziecie robić w życiu?

 

MT: To było tak, że dzieliłem dwie pasje aż do 16. roku życia, trenowałem siatkówkę i jednocześnie robiłem muzykę. Zawsze wiedziałem, że jedna z tych rzeczy będzie tym, czym chciałbym się zajmować, i nie widziałem innych opcji. Był moment, kiedy zobaczyłem, że siatkówka to nie będzie mój plan numer jeden, że inni zaczynają mnie prześcigać i perspektywicznie nie byłbym w tym najlepszy.

 

MW: Chyba nie wzrostem.

 

MT: Wzrostem właśnie zdecydowanie tak.

 

MW: Od redakcji dopisek, że Miki ma 194 cm wzrostu.

 

MT: W siatkówce dobry wzrost zaczyna się od dwóch metrów, są także osoby niższe, ale nie byłem na tyle dobry, żeby mimo tego wzrostu nadrabiać czymś innym. Po prostu czułem, że się w tym zatrzymuję. Stwierdziłem, że jeżeli nie mogę tego robić najlepiej na świecie, to nie będę tego robić i skoncentrowałem się na muzyce, której też nie robię najlepiej na świecie, ale już nie mam drugiej alternatywy. [śmiech]

 

MW: Ja jak byłam dzieckiem i miałam 5 lat, to do mojego przedszkola przyjechała szkoła muzyczna z koncertem. Były różne instrumenty, usłyszałam wtedy flet poprzeczny i zrobiło to na mnie kosmiczne wrażenie. Pomyślałam sobie wtedy, że będę flecistką i zapowiedziałam moim rodzicom, że muszę grać na flecie. Zarządziłam wtedy, że jedziemy na przesłuchanie do szkoły muzycznej. Moi rodzice wtedy za bardzo nie wierzyli w to, że się tam utrzymam i że będzie mi się chciało. Okazało się, że ja w szkolnictwie w ryzach i w klatce, a propos naszego tła (podczas naszej rozmowy Monika i Mikołaj używali tła więziennej celi - przyp. red.) się odnajduję i cały proces edukacji muzycznej przeszłam przez 11 lat, bo jeden rok przeskoczyłam, bez najmniejszego problemu. I ja właśnie na tym koncercie w przedszkolu wewnętrznie podjęłam taką decyzję, że chciałbym być muzykiem. Oni wtedy dużo opowiadali o tym, co to znaczy być muzykiem, że to nie jest właśnie tylko śpiewanie, czy tylko granie na instrumencie. Tylko że znasz harmonię, kształcenie słuchu, znasz historię muzyki i że w ogóle jest to zbiór wielu elementów. Mi się to bardzo spodobało, że to jest taka bardzo szeroka nauka. To jest zabawne, że dziewczynki marzą o tym, żeby w przyszłości być piosenkarkami, a ja niekoniecznie marzyłam żeby śpiewać, właśnie bardziej myślałam, że będę instrumentalistką. Tak że miałam wtedy jakieś 5 lat.

 

JT: Wydawało mi się, że naprawdę znam Linię, ale muszę się przyznać, że nie mam pojęcia skąd wzięła się nazwa Linia Nocna.

 

MT: Nasza nazwa wzięła się od tego, że są takie autobusy, które jeżdżą od godzin porannych do wieczornych, a są też takie, które kursują dla tych osób, które chcą gdzieś pojechać w nocy. [śmiech]

 

MW: Postanowiliśmy sobie ostatnio, że będziemy na to pytanie odpowiadać za każdym razem inaczej i absurdalnie. Ale historia z tym jest taka, że bardzo długo szukaliśmy nazwy i mieliśmy już kilkanaście piosenek, a nazwy nadal nie.

 

MT: Jak nie znajdziemy to nazwiemy się, nie wiem… Linia Nocna. Nie mieliśmy nic lepszego. [śmiech] Ale chodzi też o specyficzny klimat, jaki panuje czasami w liniach nocnych. Wracasz z imprezy i szukasz muzyki, która Cię zrelaksuje, i jesteś już w takim fajnym vibie, wtedy puszczasz na słuchawkach nas i czujesz się taki zrelaksowany. To właśnie kojarzyło nam się z tym, co robimy, i dlatego Linia Nocna.

 

JT: Teraz chciałbym zahaczyć o ubiegły, dość specyficzny rok. Czego Wam najbardziej brakowało oprócz koncertów?

 

MW: Czego najbardziej oprócz koncertów?

 

MT: Pieniędzy. [śmiech]

 

MW: Ja się przez ostatnie lata bardzo przyzwyczaiłam do bycia w ruchu, że dużo się zmienia. I to jest chyba takie ekscytujące w pracy muzyka, że Miki jeździł tutaj, ja jeździłam tutaj z kimś innym, że jednak dużo się dzieje i zmienia. Nie masz żadnego stałego rytmu, tylko co kilka dni jesteś gdzieś indziej. Potem wracasz, trochę coś porobisz stacjonarnie i znowu jedziesz. Teraz nagle przez ubiegły rok moje życie bardzo się uporządkowało, jestem w stanie nawet zaplanować, o której mogę wstawać. To było dla mnie szalone względem poprzednich lat, gdzie jednego dnia wracasz o 5 z koncertu, a drugiego dnia o 5 jest wyjazd i nie masz żadnego takiego stałego harmonogramu. Regularność mnie trochę przeraziła. Jestem trenerem wokalnym i mam takiego ucznia Adama, który przez pierwsze miesiące pandemii widział się ze mną prawie codziennie, od poniedziałku do piątku mieliśmy lekcje o 9 rano. Dzięki temu jakoś tak wstawałam wcześniej. Pozdrawiam Adasia serdecznie i dziękuję, bo przez pierwsze tygodnie miałam taki powód, żeby rano wstać. On też mówił: - To ustala plan, super to jest. Więc jak dla mnie, to tego mi brakowało i tego się nauczyłam w pierwszym roku pandemii. A Ty, Miki?

 

MT: Mi trochę brakuje, bo wiadomo że koncerty koncertami, ale też tego klimatu, że idziesz nad Wisłę i jest bardzo dużo ludzi i taki vibe. Choć w sumie nie nad Wisłę, bo to jest kompletnie bez sensu. Idziesz w jakieś miejsce, gdzie jest większy zbiór osób i po prostu czujesz ten klimat, że tutaj się ktoś kręci, tutaj coś innego się stanie. A teraz jesteśmy zamknięci w swoich domach i totalnie mi tego brakuje.

 

JT: Z powodu pandemii zagraliście kilka koncertów online, jakie to jest doświadczenie grać dla pustej sali?

 

MT: Mi się całkiem to podobało, jest to na pewno mniejszy stres. Wiesz, że tam dla kogoś grasz za ekranami. Masz świadomość, że jest to pusta sala, ale że jest ktoś, kto tego słucha, i to trochę ratuje sytuację. Ale ja ogólnie całkiem lubię te koncerty online wykonywać, aczkolwiek nie lubię oglądać koncertów online, nie obejrzałem ich za dużo w swoim pandemiczny świecie.

 

MW: To ja na zasadzie przeciwieństw, nie lubię koncertów online i bardzo mnie stresuje brak ludzi na sali. Zazwyczaj odbieram reakcję i energię od kogoś, kto obserwuje, jest to bardzo dziwne kiedy kończysz numer, nie chcę tutaj zabrzmieć jak potrzebująca poklasku wykonawczyni, ale po prostu kończysz numer i nie ma braw, nie ma żadnej reakcji, tylko po prostu przechodzisz do następnej piosenki. To jest dosyć trudne. Wyobrażasz sobie, że ktoś prawdopodobnie to ogląda, ale nie wiesz tego na pewno. To jest bardzo dziwne. Ja przeżywam dużo dziwnych procesów w głowie, jak gram koncerty online. Nie jestem fanką i jeśli chodzi o oglądanie, to mam podobnie jak Miki, rozumiem, że one się odbywają i sami takie gramy, ale też rzadko oglądam i uważam, że trudne jest, aby kogoś zaciekawić i utrzymać jeszcze kolejną godzinę przed komputerem. Bo tak teraz wszyscy spędzają czas i pracowo, i w ramach rozrywki, więc jak ktoś nie obejrzy naszego koncertu, a zamiast tego pójdzie na spacer, to ja się nie obrażę.

 

JT: Pozostając w tematyce koncertów, bo ludzie często nie zdają sobie z tego sprawy. Ile osób musi pracować, żeby Linia Nocna zagrała koncert?

 

MW: Na stałe jeździmy z naszą managerką Olgą, z oświetleniowcem…

 

MT: Tancerze, choreografowie, dublerzy.

 

MW: Dublerzy, no tak [śmiech]. Na stałe jeździmy także z ekipą, która realizuje nasze światło i dźwięk.

 

MT: Jeśli chodzi o nasz team, to udaje nam się nawet czasem zmieścić w samochód osobowy, choć jest to ostatnio coraz trudniejsze, ale przy minimalnych wymaganiach jesteśmy w stanie zmieścić się nawet w osobówkę, więc jest to całkiem wygodne.

 

MW: Czyli około pięciu osób pracuje na nasz dwuosobowy band. Oczywiście to jest zmienne, bo czasami korzystamy także z pomocy dodatkowych osób, ale to jest nasz podstawowy team.

 

JT: Zmieniając trochę tematykę. 16 maja 2020 roku, pamiętacie tę datę? Co wtedy czuliście? (Chodzi o unieważnienie głosowania listy przebojów Trójki i odejście ze stacji Marka Niedźwieckiego. W unieważnionym głosowaniu Linia Nocna debiutowała na LP3 - przyp. red.)

 

MW: Czy to chodzi o Trójkę? Dla nas jest to też taka historia, że my wtedy pierwszy raz się załapaliśmy do tego legendarnego zestawienia. To była w zasadzie ostatnia licząca się lista, bo wiemy wszyscy, co się stało później. Tak, dosyć to przeżyliśmy, zresztą napisaliśmy nawet o tym piosenkę, która pokryła się z hot16challange czyli Nietoperza smak, jest właśnie o tej sytuacji.

 

MT: Pamiętam, że przed tą sytuacją Trójka i notowania Trójki były po prostu marzeniem każdego zespołu. Każdy aspirował do tego, żeby znaleźć się w takim notowaniu i to naprawdę było wyznacznikiem sukcesu przez wiele lat. Pamiętam, że rozmawialiśmy z managementem, ilu artystów załapało się najpierw do Trójki na notowanie, a później ich kariera poszybowała. Wydarzyło się to, co się wydarzyło tamtego dnia, i wszyscy zaczęli inaczej patrzeć na tę Trójkę. Według mnie prestiż tego radia spadł praktycznie do zera i jest to teraz jedna ze stacji z najniższą notowaną słuchalnością. Zdarzyło nam się nawet dostać zaproszenie do wywiadu, ale nie skorzystaliśmy z niego. Wszyscy widzą, jak jest. Był to niesmak, zawód i niefajna sytuacja.

 

JT: A propos Waszego hot16challenge, ono mnie bardzo dotknęło i zszokowało, że bunt można wyrazić w taki sposób.

 

MW: Dostaliśmy też takie komentarze, że właśnie można swój gniew i żal wyrazić tak delikatnie. Faktycznie wydaje mi się, że gdy krzyczysz i się tak boksujesz, to masz wrażenie, że jest o co i jeszcze coś wywalczysz. My tak właśnie trochę załamaliśmy ręce i nie walczyliśmy z wiatrakami.

 

 

JT: Skąd Wam się wziął TikTok? I skąd bierzecie na to pomysły?

 

MT: Inspirujemy się, zresztą chyba jak każdy, na TikToku. Dużo pomysłów zapożyczyliśmy i tylko przełożyliśmy na nasz język albo dodaliśmy do tego swój element. Chcemy też robić te TikToki w stronę muzyczną, bo muzyka jest naszym życiem, więc z małymi wyjątkami staramy się cisnąć temat raczej muzyczny. Mamy przyjemność, kiedy to robimy, jest to też dla nas często challenge, jak np. ostatnio piosenka w 60 sekund. To akurat wymyśliliśmy sami, piona.

 

MW: Tak, piona. [śmiech] Szukamy inspiracji i rzeczy, które są teraz popularne, ale nie na takiej zasadzie, że chcemy się bardzo wbić w jakąś modę, tylko zależy nam żeby te TikToki były atrakcyjne, skoro spędzamy nad nimi tyle czasu. Niestety dużo pomysłów pojawia się w naszych głowach i nie wiem czy to jest dobre. Szczerze mówiąc, ja zawsze mam takie trudne autorefleksje po tym. Ja, mój wiek, lata w szkole i takie różne. [śmiech]

 

JT: Trudno nie zauważyć, że macie bardzo dużą radość z tego co robicie na TikToku.

 

MT: Wszystko, co robimy, musi nas cieszyć, więc jak robimy muzykę, TikToki czy cokolwiek innego, robimy to, co aktualnie nas bawi i to też chyba widać.

 

MW: Ja mam taki problem na przykład, to Miki często mi wyjmuje, że taki poziom 7-9 lat to jest moja idealna grupa docelowa i dogaduję się z takimi dziećmi super. Później to już tak 60-80 lat, starsi ludzie to też są moi kumple. U mnie to nie jest wymuszone, ja się naprawdę świetnie dogaduję z ludźmi w wieku 3-8, a następnie 60-80 lat. To są moi ulubieni ludzie do rozmów i żartów. To jest właśnie moje poczucie humoru. [śmiech]

 

JT: W tym momencie przypomniał mi się filmik, jak nagrywałaś wokale do Wpadłeś mi w inne.

 

MW: Tak, ostatnio moja koleżanka zaprosiła mnie na weekend do domku swojej babci i mówi: - No pojedziemy, tam jest pianino, Ty będziesz grać, tylko że tam jest moja babcia i trochę będziemy musiały z nią porozmawiać. I ja powiedziałam, że to super, bo ja na pewno się z nią zakoleguję, a moja koleżanka powiedziała: - No właśnie wiem. To jest taka sytuacja mniej więcej. [śmiech]

JT: Prawdopodobnie fani żadnego zespołu nie mają takiego komfortu, że mogą pograć ze swoimi idolami w kalambury lub pojeździć na hulajnogach. Taka relacja z fanami była Waszym założeniem?

 

MT: Może też nikt nie widzi, ile można dla siebie zyskać przyjemności na takich spotkaniach. To jest u nas wyjątkowe, że my wiemy, jacy nasi fani są, oni są do nas bardzo podobni w poczuciu humoru i w byciu ziomeczkiem. Po prostu przez to, że takich mamy fanów, wiemy, że te spotkania i te interakcje zawsze będą fajne, przyjemne i z klasą. Nie mieliśmy nigdy żadnych dziwnych czy nieprzyjemnych sytuacji z tym związanych, więc zawsze premierę utworów łączymy z jakimiś akcjami i też sami się tym jaramy.

 

MW: Ale to też dlatego, że znaleźliśmy sobie taką alternatywną niszę i jeżeli już ktoś dociera do naszej muzyki, to z jakiegoś powodu. Albo ktoś mu to pokazał, albo słucha jakiejś alternatywnej rozgłośni, albo jego algorytm mu to zaproponował, a to znaczy że słucha już podobnych rzeczy. Ci ludzie, którzy już docierają, to są ludzie bardzo podobni do nas. My naprawdę uwielbiamy te spotkania i to nie jest tak, że my to sobie planujemy i jest to jakiś przemyślany zabieg, tylko wychodzi nam to dosyć naturalnie.

 

JT: Czujecie lub czuliście się kiedykolwiek popularni?

 

MT: Nie, nie czujemy się i mam argumenty, żeby się kłócić, że nie jesteśmy popularni.

 

MW: Nigdy nie rozumiemy, o co chodzi w tym pytaniu. [śmiech]

 

JT: Nie uważacie, że duża popularność może stać się wrogiem autentyczności i tworzenia dobrej muzyki?

 

MW: Nie musi, aczkolwiek jest dużo zagrożeń, którym my na szczęście nie jesteśmy poddawani.

 

MT: To zależy, bo są przykłady osób, które wybijają się na tym, że zanim jeszcze są znane, udają znanych, chwalą się drogimi rzeczami i jest to taka marketingowa taktyka, żeby zbudować taki podziw.

 

MW: Jest też taka teoria, że żeby ludzie zaczęli traktować cię jak gwiazdę, to ty sam musisz siebie na takiej pozycji postawić. Kiedyś grałam taki koncert i była tam pewna bardzo znana pani wokalistka. Ja stałam razem z zespołem, a ona, wychodząc na scenę, miała obstawę ochrony i w ogóle nie można się było do niej zbliżyć. Miała garderobę w zupełnie innym segmencie. Ja tak otwierałam oczy na to, co się wokół niej dzieje. Inni artyści byli totalnie z nami, zbijaliśmy piątki i tak dalej. Wszyscy traktowali ją jak gwiazdę i była to kwestia całej tej otoczki, którą wokół siebie miała. Coś faktycznie w tym jest.

 

JT: Trudno nie dostrzec w Waszej muzyce olbrzymiej wrażliwości. Kiedyś usłyszałem takie zdanie, że każdy muzyk, nawet największy twardziel, w środku jest nadwrażliwcem, zgadzacie się z tym?

 

MT: Ja nie lubię takich sformułowań, bo one są dla mnie generalizacją. Myślę, że nie, bardziej niż że tak, bo bycie muzykiem jest też pewnego rodzaju fachem, którego z dużą ilością poświęconej energii i czasu do jakiegoś stopnia można się nauczyć. Na pewno do takiego stopnia, że można się nazwać muzykiem.

 

MW: Nie każdy musi być muzykiem-twórcą, ktoś może być znakomitym instrumentalistą, świetnym technicznym wokalistą. Ale jeśli chodzi o ludzi, którzy są bliżej tej sfery artystycznej, są artystami bardziej…

 

MT: Jak Monika na przykład.

 

MW: Bardzo śmieszne. [śmiech] Ale kreują pewne rzeczy i nie chodzi tylko o muzykę, ale też wszystkie inne dziedziny sztuki. Powiem tak bardzo poetycko, że chyba u każdego jest to jakaś mniejsza lub większa operacja na otwartym sercu i nie da się chyba tego ominąć, jak chcesz dać coś, co jest szczere i co ma w sobie jakieś emocje.

 

JT: Mam wrażenie, że w Waszym nowym albumie Szepty i dropy pozwoliliście sobie na więcej, też macie takie wrażenie?

 

MW: Chyba jest to prawda. Na wielu frontach, na przykład tekstowo, zdecydowanie pozwoliliśmy sobie na więcej i odjechaliśmy w różne śmieszne klimaty. Muzycznie też wydaje mi się, że w kilku miejscach jest odważniej. To też jest pytanie, co znaczy pozwolić sobie na więcej, bo na pierwszym albumie pozwoliliśmy sobie na dużo, daliśmy dwie totalnie akustycznie ballady na elektronicznej płycie. W różnych aspektach pewnie tak, ale my nie potrafimy też do końca odpowiedzieć na to pytanie, bo tego sobie nie zaplanowaliśmy, tylko robiliśmy to, co nam się podobało i tak wyszło.

 

JT: Była to dla Was duża rzecz, że taki muzyk jak Kuba Badach pojawił się na Waszej płycie?

 

MT: Na pewno było to dla nas bardzo duże wydarzenie, bo jesteśmy fanami Poluzjantów od dzieciństwa. Dorastaliśmy na jego muzyce, choć on nie lubi jak się mówi, że się dorastało na jego muzyce, bo czuje się staro. Sorry Kuba, dorastałem na Twojej muzyce. [śmiech] Było to bardzo fajne przeżycie.

 

 

JT: Premiera Waszego albumu odbyła się w bardzo wyjątkowy sposób. Po prostu zrobiliście transmisję w Internecie i powiedzieliście: mamy album. Dobra muzyka naprawdę obroni się sama?

 

MT: Tak, ja w to wierzę. Jeśli utwór jest pisany mainsteamowo, to nie znam takiego utworu, który jest świetny, nadaje się do radia i jest niepopularny. Myślę, że taka muzyka skręcająca w stronę alternatywy jest kwestią gustu i podejścia, np. nasza muzyka.

 

MW: Liczba odtworzeń jest często pokłosiem liczby słuchaczy danego gatunku. Są utwory świetne, które mają 5000 odtworzeń, bo są na przykład jakimś jazzem albo totalną alternatywą dla garstki. Tutaj się zgodzę z Mikim, że właśnie teraz żyjemy w czasach, gdzie to dotarcie do piosenek nie jest najtrudniejsze i jeśli coś jest świetne, i podoba się ludziom, to zawsze swoją drogą gdzieś się potoczy.

 

JT: Kupujecie jeszcze płyty, czy jesteście już tylko digital? To tak jeszcze w nawiązaniu do jednego z Waszych TikToków.

 

MW: Ja przez wiele lat w ogóle miałam…

 

MT: Dobra, dobra, kupujesz czy nie? [śmiech]

 

MW: Przez wiele lat od czasu tych płyt, które kupiłam jako 10-latka, miałam takie postanowienie, że będę kupować przynajmniej jedną polską płytę w miesiącu. To nie było łatwe, dlatego że, wiecie, kieszonkowe, te sprawy, przecież nie chodziłam wtedy do pracy. Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym wydała swoją płytę, to chciałabym, żeby ktoś ją kupił, że to chyba tak fajniej kupić. Jak pomyślałam, że mogę sobie kupić albo Rihannę, albo Anię Dąbrowską, to wydawało mi się, że ta Ania, to chyba fajniej kupić taką płytę. Tak sobie postanowiłam i tak robiłam aż do studiów, więc długo. Miałam dużo fajnych płyt. Kupowałam ich sporo i nad każdą z tych płyt naprawdę myślałam, jaką kupić i mam do każdej z tych płyt taki duży sentyment. Niektóre zostały już zdarte do cna, na przykład Poluzjanci, Druga płyta. Ale w pewnym momencie przestałam, teraz nawet szczerze mówiąc nie mam gdzie płyty odtworzyć, więc nawet naszej nie słuchałam w tej wersji płytowej.

 

JT: Działa. Wszystko z nią w porządku. [śmiech]

 

MW: Nawet w komputerze nie mam teraz stacji CD. Więc u mnie to tak wygląda. A Miki?

 

MT: Ja pamiętam, jak kupowałem płyty, ale to w dzieciństwie jak nie było digitalu. [śmiech] A jak się pojawił digital, to jestem raczej z tych osób, które nie wydawałyby fizycznej płyty. Teraz to wszystko się trochę pomieszało z powodu pandemii i wszystko, co digitalowe jest trochę niedobre, więc może to się trochę zmieni. Ale to jest takie futurystyczne. Ja ogólnie podważam robienie zdjęcia Instaxem, a później robienie zdjęcia telefonem tego Instaxa na Instagram.

 

MW: To o mnie. [śmiech] Chciałam powiedzieć jeszcze jedną rzecz a propos digitalu. Miałam ostatnio taką rozmowę i poruszyło mnie, że w ogóle ktoś się nad tym jeszcze zastanawia. Mój kolega Borys zapytał mnie rok temu, na jakim serwisie streamingowym ma słuchać naszych piosenek, bo chciałby nas jak najbardziej wspierać i strasznie mnie to pytanie wzruszyło, że ktoś w ogóle się nad tym zastanawia. Nikt nigdy mi tego pytania nie zadał i pomyślałam sobie, że to fajne. I faktycznie, jeżeli masz konto premium w serwisie streamingowym, to bardziej wspierasz artystów, niż słuchając z konta darmowego. To było bardzo miłe.

JT: Pytanie na koniec, bardziej perspektywiczne. Linia Nocna ma jakiś cel, do którego zmierza, czy żyje chwilą?

 

MW: Powiem krótko, nie. [śmiech] Zmierzamy, nie zawsze wiemy, w którą stronę.

 

MT: Do śmierci. [śmiech]

 

MW: Czasami nas tak w różne strony ciągnie spontanicznie i zmienia się nagle kierunek, ale mamy swoje marzenia i też mamy plany bliższe i dalsze.

 

MT: Ostatnie półtora roku dla wielu artystów to było takie przeczekiwanie, niektórzy założyli nawet TikToka z tego powodu.

 

MW: A propos Linii, mieliśmy przez chwilę taki czas, chyba dlatego że wiele osób o to pytało i dopadły nas w głowie jakieś oczekiwania i takie poczucie, że coś powinniśmy i musimy w jakąś stronę iść. Bardzo wtedy nam się zepsuła atmosfera w naszym dwuosobowym zespole i jakaś taka radość z tego, co robimy. Teraz ja z przyjemnością przychodzę z myślą, że będziemy nagrywać TikToka i może napiszemy piosenkę, a może będziemy oglądać YouTube i po prostu grać na gitarze, i to też jest spoko, a potem się jakiś utwór i tak pojawi, bo przecież nie lubimy i nie umiemy robić nic innego.

 

JT: Bardzo dziękuję Wam za rozmowę.

 

MW: My również bardzo dziękujemy.

Jakub Tront – Poinformowani.pl

Jakub Tront

Student pierwszego roku prawa, interesuje się polską polityką oraz sportem