Tradycji stało się zadość - recenzja nowego „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego
KinoSwiatPL/YouTube Screenshot

Tradycji stało się zadość - recenzja nowego „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego

  • Dodał: Daniel Sztyk
  • Data publikacji: 18.10.2021, 23:04

Wojciech Smarzowski to twórca polskiego kina, na którego filmy zawsze czeka cały kraj. Jego obrazy zawsze są szeroko dyskutowane, często budzą kontrowersje i nieraz stają się po prostu kultowe. Do dzieł kultowych w filmografii Smarzowskiego na pewno należy Wesele z 2004 roku. Film z Marianem Dziędzielem w roli głównej w świetny sposób pokazał przywary polskiego społeczeństwa. Pochodzący z Korczyny twórca wziął pod lupę próżność Polaków, pokazał także ich zamiłowanie do zabawy, która nie może obyć się bez mocnych alkoholi, oraz uchwycił i uwypuklił biologiczną naturę człowieka. W efekcie otrzymaliśmy film, który mimo wielu zabawnych momentów zostawia w nas gorzką refleksję. Czy Wesele wyprawione 17 lat po pamiętnym Weselu z 2004 roku jest równie udane?

 

Projekt zatytułowany Wesele (początkowo nosił nazwę W2) od pierwszych zapowiedzi budził wielkie emocje. Fanom Smarzowskiego spodobał się pomysł na powrót do konwencji, która tak świetnie działała w kinowym debiucie autora Drogówki. Gdy dotarła do nas wiadomość, że film będzie rozgrywał się na dwóch płaszczyznach, zainteresowanie tylko rosło. Wesele to opowieść, w której poznajemy losy bohaterów żyjących w rzeczywistości nam współczesnej oraz historia o tragizmie przeszłości i traumach, jakie przyniosła wojna. Łącznikiem tych dwóch płaszczyzn jest postać Antoniego Wilka. Jest on głównym bohaterem wydarzeń rozgrywających się w latach 40. XX wieku. Nie mogło go zabraknąć również na weselu, ponieważ grana przez Michalinę Łabacz panna młoda jest jego wnuczką. Wilk jednak nigdy nie wyleczył się z wojennych traum i często podczas uroczystości wraca do tragicznych wydarzeń poprzedniego stulecia. W ten sposób Smarzowski zgrabnie przeplata ze sobą dwa wątki główne. Skojarzenia, które notorycznie wracają do Wilka, uruchamiają retrospekcje. Wypada to wiarygodnie, ponieważ dobrze oddaje stan psychiczny bohatera, który został dotknięty wojennym piekłem. Wojna może się skończyła, ale zostawiła też piętno, którego nie da się wymazać z pamięci.

 

Czy to możliwe, że Smarzowski zestawił przeszłość i współczesność tylko po to, by opowiedzieć o pracy pamięci? Oczywiście, że nie. Twórca Wołynia chce pokazać, że historia lubi się powtarzać. Widzi, że mentalność Polaków nie ulega zmianie. Cały czas dostrzega dominującą w naszym społeczeństwie mowę nienawiści. Piętnuje ksenofobię, chciwość oraz mentalne zacofanie. Pokazuje, że upływ lat jest nieistotny, ponieważ Polacy wciąż posiadają wady, które również cechowały ich przodków. Mam jednak wrażenie, że pierwszy raz w filmografii Smarzowskiego brakuje temu odpowiedniej siły. Uznany filmowiec tym razem mną nie wstrząsnął, nie rzucił nowego światła na rzeczywistość, tak jak udało mu się to zrobić w przypadku filmu z 2004 roku.

 

I tak dotarliśmy do aspektu, który najbardziej w nowym Weselu mi przeszkadzał. Cały czas nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że film ten jest poskładany z innych produkcji nagradzanego reżysera. Słychać tu echa nie tylko pierwszego Wesela, ale również Róży czy Wołynia. Jednak najnowsze dzieło Smarzowskiego przegrywa z każdą z wyżej wymienionych produkcji. Nie ma tak charakterystycznych postaci, jak jego debiut kinowy. Dowodem na to jest całkowite niewykorzystanie potencjału postaci odgrywanych przez Michalinę Łabacz i Agatę Kuleszę, które przegrywają konfrontację z Tamarą Arciuch oraz Iwoną Bielską. Zabrakło również dosadności w pokazywaniu wojny. Sceny rozgrywające się w przeszłości nie zostawiają w widzu takiego śladu, jaki zostawił po sobie Wołyń.

 

Najnowszemu obrazowi Smarzowskiego daleko jest do jego największych dzieł. Po dwóch ostatnich filmach, które w moim odczuciu były perfekcyjne, Wesele jest obniżką formy. Dużo wynika na pewno z oczekiwań, które były wysokie, aczkolwiek na każdy film Smarzowskiego czeka się z zapartym tchem. Pierwszy raz w twórczości tego reżysera miałem odczucie, że formuła zaczyna się wycierać. Może potrzebna jest mała rewolucja w kinie człowieka, który miał swój udział w definiowaniu współczesnego polskiego kina.

 

6/10