Wyprawa na Arrakis, jakiej potrzebowaliśmy? - "Diuna" [RECENZJA]
Diuna/IMDb

Wyprawa na Arrakis, jakiej potrzebowaliśmy? - "Diuna" [RECENZJA]

  • Dodał: Maciej Baraniak
  • Data publikacji: 23.10.2021, 00:36

Po wielu miesiącach przesuwania, wreszcie otrzymaliśmy nową ekranizację powieści Franka Herberta. Słynna Diuna, zapowiadana jako wielka rewolucja dla kina, a szczególnie dla skostniałego i schematycznego rynku blockbusterów, w końcu ujrzała światło dzienne. Czas więc sprawdzić, czy obietnice Denisa Villeneuve'a pokryły się z tym, co faktycznie otrzymaliśmy.

 

Jak już wspomniałem, Diuna to wierna ekranizacja książkowego pierwowzoru. Jako widzowie jesteśmy świadkami konfliktu dwóch rodów, które od wielu pokoleń nie mogą znaleźć nici porozumienia. Ich spór przenosi się na tytułową Diunę, nazywaną również Arrakis, czyli planetę obfitą w narkotyczną i cenną substancję zwaną przyprawą. W związku z tym pojawi się także trzecia frakcja, którą będą mieszkańcy owych terenów.

 

Ten film to zdecydowanie inny blockbuster od tego, do czego przywykliśmy przez ostatnie lata. Od razu w oczy rzuca się zupełnie odmienna stylistyka oraz podejście do omawianych problemów. Wszystko jest zimne, brutalne i poważne. Żartów jest mało, ilość scen akcji mógłbym policzyć na palcach jednej ręki, a przez większość czasu obserwujemy po prostu pustynne krajobrazy. Te cechy sprawiają, iż przez Diunę po prostu się płynie. Śledzimy kolejne wydarzenia, wsiąkamy ten świat i mimowolnie stajemy się jego częścią.

 

Świetnie działa przy tym praca reżysera, bo ten film wygląda po prostu cudownie. Mogłoby się wydawać, iż obserwacja pustynnych krajobrazów będzie nudna, jednakże jest to nakręcone z takim wyczuciem, że wcale mi nie przeszkadzało. Kadry są szerokie, ujęcia długie, a my ze spokojem chłoniemy każdą sekundę tego specyficznego klimatu. Świetnie oddano tutaj gorącą, a wręcz skwarną, atmosferę tytułowej planety, co należy docenić tym bardziej, kiedy popatrzymy, ile wysiłku kosztowało to ekipę produkcyjną.

 

Zresztą aktorsko mamy tutaj praktycznie całą śmietankę Hollywood, więc chyba nikt nie miał złudzeń, jak wypadnie ten aspekt filmu. Ze swojej strony wspomnę tylko, iż obawiałem się jak Timothèe Chalamet poradzi sobie z wyjątkowo wymagającą główną rolą, aczkolwiek były to zmartwienia niepotrzebne. Jest świetnym aktorem, który zapewne jeszcze niejednemu sceptycznemu widzowi utrze nosa, a tutaj pokazał już część swych umiejętności. Jego występ zapada w pamięć, gdyż ma wiele dobrych momentów, gdzie pokazuje swój talent i bardzo czekam, aby móc zobaczyć go w dalszych przygodach.

 

Z obsady warto wyszczególnić także Rebbecę Ferguson, która jako Lady Jessica, matka głównego bohatera, robi równie rewelacyjną robotę. W zasadzie było to pierwsze wystąpienie tej aktorki, gdzie faktycznie mogłem dostrzec cały warsztat jej umiejętności i był to naprawdę miły widok. Ma mnóstwo miejsca do grania i kradnie wszystkie sceny, szczególnie te bardziej emocjonalne. Oczywiście jeśli ktoś jest fanem Oscara Isaaca, Zendayi, Jasona Mamoi czy Josha Brolina, to także nie powinien się zawieść.

 

Skoro o aktorach wspomniałem, to należy słów kilka także poświęcić samym postaciom. Te wypadają naprawdę dobrze i spójnie z książkowym pierwowzorem. W związku z klimatem samego widowiska, wszyscy są tutaj straszliwie poważni i dramatyczni. Nic dziwnego, w końcu wielkie rzeczy na planecie się dzieją, ale ktoś może mieć złudne wrażenie, iż nie obcuje z ludźmi, a jedynie z ich imitacją. Mi to wcale nie przeszkadzało, jednakże doceniam, że pojawia się postać Duncana (Jason Mamoa), który rzuca żartami na prawo i lewo oraz urzeka swoja charyzmą, starając się przy tym wprowadzić odrobinę ciepła do tej zimnej opowieści. 

 

Wypadałoby jeszcze wspomnieć o drugiej stronie całego konfliktu, czyli Harkonennach, którzy wypadają zwyczajnie dobrze. To nie im zostaje poświęcony ten film, w związku z czym trudno powiedzieć mi o nich coś więcej. Na pewno główny antagonista (o ile tak mogę go tutaj nazwać, spłycając trochę jego rolę), czyli Baron, wzbudza grozę za każdym razem, gdy się pojawia. Jest to postać, której autentycznie można się bać, choć zmiany względem książki (jak chociażby lekkie odchudzenie, a tym samym pewne uczłowieczenie) wydają się być odrobinę nietrafione. 

 

Chyba największe obawy miałem jednak względem muzyki. Hans Zimmer ma wiele kultowych soundtracków na swoim koncie, aczkolwiek ostatnie lata nie były najlepsze dla tego twórcy. Większość tego, co tworzył, była zwyczajnie przeciętna i nie zapadała w pamięć na dłużej, a ta produkcja jednak wymagała pewnego zaangażowania i chęci. Jak się jednak okazało, muzyk potrafi jeszcze stworzyć coś naprawdę widowiskowego, gdyż muzyka w Diunie to istny majstersztyk. Zdecydowanie mam ochotę przesłuchać sobie wszystkie utwory na spokojnie, bez kontekstu, by rozkoszować się nimi jeszcze raz. To uświadamia mi, jak dobrą robotę poczynił tutaj Zimmer, a nawet mam cichą nadzieję, że będzie to odrobinę dłuższy powrót do gry, niż jedna produkcja.

 

Czy jednak coś mi się w tej Diunie nie podobało? Przede wszystkim tempo. Twórca nie wie za bardzo, w którą stronę pójść, jeśli chodzi o prędkość ukazywania wydarzeń. Jednego razu spokojnie pokazuje sobie pustynie i poważne twarze bohaterów, by następnie pchać akcję jak najszybciej, bo trzeba chociaż pół książki pokazać. Trudno się wczuć w ten powolny i płynący klimat, gdy wielkie rzeczy muszą się dziać, ale równie średnio działa to w drugą stronę.

 

Ostatnią kwestią wartą poruszenia jest fakt, iż mamy tutaj do czynienia z częścią pierwszą. Zdaję sobie sprawę, że materiał źródłowy nie był możliwy do przełożenia na jeden film i do czasu obejrzenia wcale mi to nie przeszkadzało. Niemniej jednak po seansie mam autentyczny niedosyt i z olbrzymim optymizmem wypatruję kolejnej odsłony, o ile ta powstanie. Czy to źle? W zasadzie nie. Przypomina mi to po prostu, że seans był niesamowitym doświadczeniem, którego chciałbym jeszcze więcej. Furtka pod uniwersum jest olbrzymia, a w końcu plakaty ostrzegały już wcześniej: To dopiero początek.

 

Czy więc podróż na Arrakis była udana? Absolutnie tak. To przede wszystkim nietuzinkowe doznanie, które zostaje z człowiekiem na długo. Nie uważam, że ten film zrewolucjonizuje kino czy też nada mu nowe tory. Jednakże nie sposób nie docenić jego innowacyjności i własnego charakteru, którego nie widziałem od dawna. Działa tutaj wiele, od pracy reżysera, po obsadę i aspekty wizualne, w tym rewelacyjne efekty. Fani książkowej Diuny i tak pójdą, ja jednak zachęcam także pozostałe grono odbiorców, bo to doświadczenie na tyle odmienne, że mocno zapada w pamięć. Kiedy klimat już chwyci, trudno wyrwać się z jego objęć, a coś o tym wiem, bo sam padłem tego ofiarą.

Maciej Baraniak – Poinformowani.pl

Maciej Baraniak

Student UEP na kierunku prawno-ekonomicznym. Prywatnie miłośnik różnych gatunków kina oraz komiksów z bardzo specyficznym gustem muzycznym.