Bogowie, którym zabrakło człowieczeństwa - "Eternals" [RECENZJA]
Eternals/IMDb

Bogowie, którym zabrakło człowieczeństwa - "Eternals" [RECENZJA]

  • Dodał: Maciej Baraniak
  • Data publikacji: 05.11.2021, 22:52

Nie skłamię, jeśli powiem, że seans Eternals był jednym z moich najbardziej wyczekiwanych doświadczeń w tym roku. Oto ukazał się wreszcie film obiecujący odciąć się od standardowej (i zdecydowanie męczącej) formuły Marvela, za który miała odpowiadać obiecująca reżyserka. Niestety, jak to zwykle bywa z produkcjami autorskimi, jest to doświadczenie niejednoznaczne i bardzo trudne w ocenie.

 

Eternals opowiadają historię grupy kosmicznych bogów, którzy przybywają na Ziemię, by opiekować się ludźmi. Mają za zadanie dbać o rozwój planety, a także chronić wszystkie istoty przed niejakimi dewiantami, czyli morderczymi drapieżnikami. Choć drużyna swego czasu się rozdzieliła, to teraz groźba nowego kosmicznego zagrożenia zmusi ich do ponownego spotkania.

 

Zacznę od największej zalety tej produkcji, którą jest niewątpliwie strona wizualna całości. Chyba nikt nie miał wątpliwości, już na etapie zwiastunów, że będzie to dzieło autorskie Chloe Zhao, widoczne na każdym ujęciu. I faktycznie, tak też się stało. Reżyserka szaleje, ukazując nam najróżniejsze miejsca świata, podane w zupełnie odmiennej stylistyce i barwach, co stanowi po prostu ucztę dla oczu. Warto przy tym zaznaczyć, że idealnie okiełznała szarą paletę barw, która zazwyczaj jest zmorą filmów Marvela, a tutaj nie dość, że buduje klimat, to jeszcze wygląda po prostu ładnie.

 

Przy tym muszę zaznaczyć, że rewelacyjnie udało się ukazać całą kosmiczną aurę. Już same zdolności bohaterów wyglądają po prostu olśniewająco. Szczególnie doceniam minimalizm, w postaci zwykłych złotych kresek, wyglądających prosto, ale stylowo. To, co jednak robi większe wrażenie, to przedstawienie kosmosu, a szczególnie całej mitologii niejakich Celestiali. Za każdym razem, gdy pojawiał się ten wielki boży bóg, to po prostu zamierałem przed ekranem. Dawno żadna postać nie zrobiła na mnie takiego wrażenie poprzez samo pojawienia się, więc należy to pochwalić.

 

Oprócz strony wizualnej, swoją robotę świetnie wykonują także aktorzy. Zgaduję, że ten akapit wielu czytelników zwyczajnie pominie, bo jeśli ktokolwiek spojrzał, jakie nazwiska znajdujące się na plakacie, to nie miał złudzeń, że wyjdzie to dobrze. Ja jednak i tak odnotuję, iż niezależnie od tego, co musieli grać (a scenariusz to dla nich litości nie miał), zawsze ich występ był na dobrym poziomie i mimo wszystko sprzedali mi swoje motywy, intencje oraz emocje. Bez zaskoczeń, ale i dobrze, bo tutaj zaskoczenie byłyby raczej negatywne, gdyby coś nie wyszło.

 

Co do samej tonacji dzieła, mogę powiedzieć, że jest bardzo... dziwnie. Generalnie mam wrażenie, iż Chloe Zhao chciała zrobić maksymalnie poważny i patetyczny dramat o bogach i nadbogach, ale w pewnym momencie postanowiła po prostu stworzyć kolejny film Marvela. Bo jakimś cudem, w tej wzniosłej atmosferze, żarty sypią się na prawo i lewo, jak w każdej innej produkcji superhero. Jako widz czułem się jak uczestnik stypy (ale takiej w dobrej restauracji), na której wujek wypił za dużo, więc postanowił rozweselić towarzystwo. Co jednak muszę przyznać, to te dowcipy były naprawdę trafione, a jedynie gryzły mi się tonalnie z tym, co ciągle widziałem.

 

Niestety przechodzimy do tej części, gdzie moja miła recenzja zamienia się w prawdziwy roast. Bo tak się składa, że poza udanymi aspektami wizualnymi i gwiazdorską obsadą, ten film ma fabułę i podobno bohaterów. Zacznijmy więc od samej historii, która zdecydowanie wzięła na swoje barki więcej, niż była w stanie udźwignąć. Obserwujemy masę postaci, z dużą ilością wątków, a to wszystko podane w ramach czasów obecnych, retrospekcji i różnych wizji. Najlepszym przykładem jest tutaj wątek dewiantów, wokół którego chciano coś tam nawet powiedzieć, ale ostatecznie rzuca nam się 3 zdania, co byśmy nie narzekali na brak motywacji i już lecimy dalej. Twórcy chcieli zjeść ciastko, mieć ciastko, a jeszcze 2 dać babci i 5 sprzedać na targu.

 

Dlaczego śmiem wątpić w fakt, że ten film posiada bohaterów? Ano dlatego, że de facto nie wiem, kto miałby nim być. Każda z postaci teoretycznie dostała tutaj jakiś wątek, ale niestety większość z nich to zwyczajnie puste tekturki, których śledzenie nie sprawia jakiejkolwiek przyjemności. Jest to recenzja bezspoilerowa, więc nie chcę tutaj nikomu zbyt dużo zdradzać czy też psuć zabawy (chociaż nie miałbym czego), natomiast wśród moich najbardziej znienawidzonych bogów znajdują się: Sprite, Ikaris i Sersi. Reszta wypada całkiem w porządku, aczkolwiek nawet, jeśli ktoś podobał mi się przez większość wydarzeń, to finał potrafił idealnie te wrażenie zepsuć. 

 

Muszę natomiast powiedzieć o motywie, który mnie zwyczajnie bawił swoją głupotą, czyli pewne relacje miłosne. Ktoś mógłby uznać to za spoiler, więc nie powiem, kto z kim, ale przyznam szczerze, że dawno nie widziałem tak fatalnie napisanych trójkątów miłosnych czy też konfliktów o daną osobę. Może miałem zły dzień, może czegoś nie dostrzegłem (albo dostrzec nie chciałem), natomiast jest to porażka na całej linii. Tutaj jednakże muszę pochwalić, iż wreszcie bohaterowie Marvela potrafią mieć bardziej namiętne relacje między sobą. Teoretycznie nie powinno być to zaskoczenie, ale jakoś w ostatnich latach reżyserzy o tym zapomnieli i miło widzieć powrót.

 

Ostatecznie Eternals to dzieło zbyt wielkie. Miało predyspozycje, by zrewolucjonizować MCU, natomiast teraz może sprawić, że studio tym bardziej będzie celować w bezpieczniejsze rejony. A szkoda, bo gdyby odpowiednio przyciąć scenariusz, to otrzymujemy przepiękny film z gamą różnorodnych bohaterów, którzy zostaną świetnie zagrani. Osobiście chętnie wybiorę się na drugi seans, by sobie to wszystko w głowie poukładać. Nie wiem czy zabrzmi to jak odpowiednia rekomendacja, ale może kogoś skłoni, by samodzielnie przekonać się o jakości tego widowiska.

Maciej Baraniak – Poinformowani.pl

Maciej Baraniak

Student UEP na kierunku prawno-ekonomicznym. Prywatnie miłośnik różnych gatunków kina oraz komiksów, a przy tym mający bardzo specyficzny gust muzyczny.