Nostalgiczna nostalgia - "Pogromcy duchów. Dziedzictwo" [RECENZJA]
Pogromcy duchów. Dziedzictwo/IMDb

Nostalgiczna nostalgia - "Pogromcy duchów. Dziedzictwo" [RECENZJA]

  • Dodał: Maciej Baraniak
  • Data publikacji: 21.11.2021, 13:54

Fani Ojca chrzestnego zapewne pamiętają ikoniczną scenę, gdzie zapłakany Don Vito Corleone przemawia słowami Spójrzcie, jak zmasakrowali mojego syna (Look, how they masacred my boy). I tym samym zdaniem podsumowałbym moje wrażenia po seansie nowych Pogromców duchów.

 

Pogromcy duchów. Dziedzictwo to kolejna próba wskrzeszenia kultowej marki. Tym razem postanowiono zrobić bezpośrednią kontynuację po latach, w której jeden z tytułowych bohaterów umiera, a jego córka wraz ze swoimi dziećmi wprowadza się do jego dawnego domu. Jak się wkrótce okaże, skrywał on wiele tajemnic, a jedna z nich dotyczy nowego, ogólnoświatowego zagrożenia. 

 

Wobec tego filmu nie miałem zbyt wielu nadziei. Sam koncept postawienia narracji na nowe pokolenie wcale nie wydawał mi się zły, lecz ciągłe szczucie nostalgią w zwiastunach budziło we mnie już spore obawy. Jednak stosunkowo pozytywne oceny krytyków napawały mnie optymizmem, iż zwyczajnie się pomyliłem, aczkolwiek tak się niestety nie stało.

 

Zacznę więc od wspomnianej nostalgii, gdyż od dawna żaden film tak bardzo nie zirytował mnie pod tym kątem. Twórcy w tej kwestii są jak Babcia, której można tłumaczyć, że już naprawdę jesteśmy najedzeni i więcej nie trzeba, ale ona wie lepiej, więc dostaniemy dziesiątą porcję ziemniaków z nowym kotlecikiem. I jeszcze, żeby nikt nie zrozumiał tego jako pozytyw, bo mu się dobrze babcine jedzenie kojarzy, to dopowiem, iż to jest taki wyschnięty kotlet sprzed 4 dni, którego nawet żal psu dać, co by go nie otruć.

 

Nie chcę spoilerować za bardzo, więc bez kontekstu wspomnę o jednej sytuacji, w której szala goryczy została przeważona. Bowiem w pewnym momencie, jeden z pobocznych bohaterów wypowiada kwestię Who you gonna call ze specjalnym akcentem, co dla samej sceny nie ma w zasadzie sensu. No ale prawdziwy fan od razu zrozumie, że przecież chodzi o klasyczny wers z piosenki, gdzie wszyscy z radością odpowiadali Ghostbusters!. Ale tutaj odpowiedzi nie ma, a fani mogą jedynie schować głowę w dół, by ukryć łzy spowodowane mordowaniem ich serii. 

 

Okej, ale może chociaż dzieciaki uratowały show? Otóż nie. W zasadzie każdy z nich jest jedynie sterylną tekturką, którą widzieliśmy już tysiące razy. Jedna jest geniuszką, nierozumiejącą świata, inny jest klasycznym chłopakiem, liczącym na związek z ładną dziewczyną, a ostatni to po prostu śmieszek, bez większej motywacji. Poza tym, przez większość czasu obserwujemy ich osobno, co jest sporym problemem o tyle, że w zasadzie nie widzimy interakcji między nimi. Coś co było ważnym elementem dwóch pierwszych części, czyli relacje, tutaj zostało położone całkowicie.

 

Zresztą dochodzimy tutaj do kolejnego problemu, którym jest odtworzenie fabuły z pierwszej odsłony. W zasadzie jest to niesamowicie komiczne, że powtórzono tutaj dosłownie wszystko (oczywiście o wiele gorzej), tak jakby kierowano to do odbiorcy niezaznajomionego z poprzednimi odsłonami, lecz ciągle do nich nawiązując. W ten sposób nie zadowoli to ani ludzi chcących zobaczyć po prostu przyjemny blockbuster, ani prawdziwych fanów serii.

 

Natomiast to co jest najbardziej problematyczne to tempo. Pierwsza odsłona z 1984 r. słynie wręcz z tego, że tam wszystko dzieje się po prostu dynamicznie. Akcja zawiązuje się w moment, cel jest jasno podany, a większa tajemnica rozwija się z boku. Tutaj natomiast akcja się wlecze, ale tak naprawdę WLECZE niczym stary ciągnik jadący po mieście. Chyba od dawna żadna produkcja nie wynudziła mnie do tego stopnia, zarazem podnosząc mi ciśnienie swoją irracjonalnością i tanimi zagrywkami.

 

Bo mogę powiedzieć, że głupot w tym filmie jest po prostu mnóstwo. Ja wiem, że poprzednie części też cierpiały na ten problem (a szczególnie dwójka z motywem emocjonalnego śluzu, czy nawet jedynka z nachalnym Panem z ministerstwa środowiska), natomiast tutaj rzuca się to w oczy jeszcze bardziej. Może to wina fatalnego tempa, które sprawiło, iż więcej myślałem o tym co się dzieje na ekranie, lecz każda wada tego filmu musi zostać odnotowana i adekwatnie skrytykowana.

 

Czy jest w tym filmie cokolwiek, co mógłbym ocenić pozytywnie? Na siłę będą to dwie rzeczy. Pierwsza z nich to połowicznie efekty. Połowicznie, bo miejscami wyglądają one naprawdę fatalnie (sceny z wysuwanym krzesłem aż się proszą o usunięcie), ale za to gadżety pogromców wyglądają super. Wreszcie dostaliśmy trochę bliższe spojrzenie na wszystkie przedmioty i w kontekście całej tej nostalgii była to ta rzecz, która nawet pasowała. Nie było to potrzebne, ale już nie będę kopał leżącego i zostawię mu tego ostatniego zęba, który jeszcze się ostał.

 

A tak poza tym to sam początek był całkiem przyjemny. Zapowiada co prawda film, którego zwyczajnie nie dostajemy, lecz nastawił mnie pozytywnie na resztę seansu. Pesymista powie, iż pewnie przez to bardziej narzekam, lecz ja zabawię się w optymistę i rzeknę, że przynajmniej nie cierpiałem na całym seansie, a na jego 90 procentach. No i samo zakończenie jest bardzo urocze, mając przy tym trafione żarty i mogące wzruszyć fanów serii (choć i to udało im się ładnie popsuć w pewnym momencie).

 

Ostatnim aspektem, który wypada poruszyć jest ten nieszczęsny humor. Tutaj powiem tylko, że czasem faktycznie do mnie trafił i miał swoje uroki. Niestety jesteśmy wręcz obsypywani tandetnymi żartami (i w tym kontekście mówię niestety dosłownie - kto oglądał ten wie), więc tak jak z nostalgią, może to przytłoczyć. Nie zdziwi mnie jednak, jak ludzie na sali kinowej będą się śmiali, aczkolwiek mnie nie bawiły te suchary rodem z książeczki NAJLEPSZE WAKACYJNE DOWCIPY, gdy ktoś przy tym zarzyna mi markę.

 

Cały ten seans mnie po prostu wkurzył. Tak autentycznie zezłościł, do tego stopnia, że ten tekst to nie recenzja, a zwyczajny roast. Nienawidzę tego filmu całym sercem, bo widzę w nim potencjał, który ktoś ukrył pod warstwą 10 babcinych dokładek nostalgii i wyschniętych sucharów. Fani serii niech obejrzą ostatnie 10 minut, gdy całość wleci na VOD, a reszcie stanowczo odradzam, chyba, że ktoś jest zwyczajnie filmowym masochistą.

Maciej Baraniak – Poinformowani.pl

Maciej Baraniak

Student UEP na kierunku prawno-ekonomicznym. Prywatnie miłośnik różnych gatunków kina oraz komiksów z bardzo specyficznym gustem muzycznym.