Najbardziej błyszcząca miednica Ameryki. „Elvis” [RECENZJA]
Warner Bros Polska/YoiTube screenshot

Najbardziej błyszcząca miednica Ameryki. „Elvis” [RECENZJA]

  • Dodał: Zuzanna Ptaszyńska
  • Data publikacji: 23.06.2022, 22:46

Od porwanego przez bluesa i gospel chłopczyka, kierowcę ciężarówki, przez sterowaną cyrkową małpkę, buntownika i lep na kobiety, do figury woskowej wystawianej co wieczór w Las Vegas - taki przekrój serwują twórcy filmowej biografii Elvisa Presleya. Czy interpretacja historii króla rock n' rolla w reżyserii Baza Luhrmanna to kino jakościowe, czy tylko przerost formy nad treścią?

 

Bardzo dobrym wyborem było rozpoczęcie i zamknięcie filmu narracją głównego antagonisty, który już na wstępie mówi, że choć uznamy go za takowego, nie ma to nic wspólnego z prawdą (wiem, że charakter postaci jest odmienny, ale nasunęły mi się skojarzenia z Amadeuszem i narracją prowadzoną przez Salieriego). Obserwujemy Pułkownika, który kręci swój biznes, sprzedając śnieg (zestawienie angielskiego showmansnowman wypadło nad wyraz przekonująco), a więc wciskając nieświadomym masom to, co tylko się da. Konkretniej rzecz ujmując - jest on managerem pewnego rodzaju grupy, która podróżuje po Stanach Zjednoczonych z występami country, jak i pokazami quasi-cyrkowymi. Motyw ten stanowi zresztą bardzo dobry punkt wyjścia - nadaje historii należnego kolorytu, jak i stawia fundamenty pod tezę, że sam Elvis stał się cyrkową atrakcją i zwierzęciem w klatce managera, który za wszelką cenę stawia dojną krowę na nogi, nie bacząc na konsekwencje.

 

Kiedy dowiedziałam się, że w filmie - poza utworami Elvisa oraz tymi, które go inspirowały, a więc utworami z epoki - pojawią się napisane na potrzeby filmu piosenki utrzymane w nowoczesnej stylistyce, byłam zaniepokojona. Czym innym jest przecież bardzo interesujący zabieg udekorowania fikcyjnej historii z przeszłości nowoczesnym brzmieniem, czym innym zaś powinna być biografia muzyka o dorobku, który spokojnie mógłby wypełnić cały format (swoją drogą twórcy w pewnym momencie wrzucili fakt dokonany w postaci wielkiego radiowego hitu Elvisa bez wyjaśnienia, jak do tego doszedł - w końcu chwilę wcześniej kierował ciężarówką). Podczas seansu jednakże przyznałam twórcom filmu rację. Udało się stworzyć pomysłową mieszankę wskazującą na to, że tak, jak Elvisa inspirował czarny blues i rock n' roll (przenikanie się czarnego z białym to zresztą chyba drugi najważniejszy wątek tego filmu), tak bez Elvisa nie można byłoby mówić o rozwoju kolejnych pokoleń artystów. Nie chodzi jednak o zaprezentowanie osi czasu, pewnych następstw, ale - chociażby dzięki zgrabnym mashupom - tego, że muzyka to żywy organizm, jej wpływy nie mają ani początku, ani końca.

 

Cyrkowość i przenikanie się muzycznych motywów to tylko niektóre z elementów składających się na patchworkowy charakter tego filmu. Odświeżającym zabiegiem są różnego rodzaju przejścia i graficzne adnotacje, a nawet motyw komiksowy. Od razu przyszedł mi na myśl charakter wizualny emitowanego właśnie na Disney+ serialu Ms. Marvel - sprawia to tym większą frajdę, że istotną klamrą kompozycyjną Elvisa jest to, iż jego ulubionym bohaterem był... Kapitan Marvel (wbrew nazwie to jednak postać ze świata DC Comics, znana dziś jako Shazam).

 

Jak wspomniałam, twórcy biorą na tapetę kwestie rasowe trawiące Amerykę lat 40., 50. i 60. XX wieku. Nie stanowią one jedynie tła, ale są motorem napędowym akcji i ewolucji postaci. Jest klarownie wyjaśnione, skąd u Elvisa wzięła się fascynacja czarną muzyką oraz z kim i w jaki sposób obcował, łącząc dwa różne muzyczne światy, a także co miało wpływ na wypracowanie jego ruchów scenicznych. To nie jest jednak wyłącznie sentymentalna kwestia - w posegregowanej Ameryce Elvisowi nie wolno wykonywać obscenicznych, czarnych ruchów, które niejako wpuściłyby czarność do publicznej, powszechnej rozrywki. Istotnym jest także podzielenie miejsca dla publiczności podczas jednego z kluczowych koncertów na sektory dla białych i kolorowych - ostatecznie do Elvisa bawią się i czarni, i biali, ponieważ połączył on te dwa światy i ludzie obu tych ras widzą w nim swój pierwiastek, a muzyka - co sztampowe, ale chyba nie warto się z tym kłócić - łączy i zaciera granice.

 

Pomimo kilku istotnych rzeczy, które twórcom tego filmu wyszły naprawdę bardzo dobrze, niestety równie jaskrawe, co kolejne wdzianka Elvisa w Las Vegas, są nietrafione wybory i niedociągnięcia. Najistotniejszą wadą są według mnie jałowe dialogi. Gdy gwiezdny pył na chwilę opada i gdy nie słyszymy przenikających się motywów muzycznych, kwestie wymieniane przez bohaterów są sztampowe. Co więcej - albo są zbyt proste, a twórcy dialogów marnują potencjał danej sceny, albo są zbyt wydumane jak na omawiane zdarzenie. Szczególnie rażące w tym kontekście wydały mi się rozmowy Elvisa z Priscillą (oczywiście wyłącznie dobrą i wyłącznie skrzywdzoną) oraz Elvisa z rodzicami, najlepiej zaś broni się niesławny Pułkownik, który dostał kilka celnych linijek, w tym jego mantrę, że to on stworzył Elvisa Presleya - widzowie od razu przypomną sobie, jak to mały Forrest Gump uczył Elvisa jego ikonicznych ruchów, również tworząc legendę (ciekawe czy możliwość zaserwowania tego smaczka odgrywała istotną rolę w obsadzeniu Toma Hanksa w roli Pułkownika?). Nieatrakcyjność dialogów sprawia, że w momentach przestoju film staje się nudnawy - nie oznacza to, że zdaje się przeciągać, bo dzieją się rzeczy istotne, które mają doprowadzić do takiego, a nie innego zakończenia, i być może nakreślić tło pod jakiś morał. Problem jest raczej w niewypełnieniu potrzebnych scen jakąś ikrą. Wydaje się, że kiedy nie pędzimy cekinowym wagonikiem, nie jest nam oferowana żadna alternatywa. 

 

Pewną bolączką jest także niedostatecznie udana próba osadzenia filmu w ważnym momencie historycznym. O ile bardzo dobrze uchwycono kwestie rasowe, to zabójstwu Martina Luthera Kinga przypisano według mnie zbyt wysoki mianownik - a tym bardziej zabójstwu Roberta Kennedy'ego, które zostało przedstawione niczym jakiś moment przełomu i coś, co potrzebowało przygotowania oświadczenia przez Elvisa (...dlaczego?). W pewnym momencie zostaje wręcz wymieniony cały łańcuszek zdarzeń świadczący o tym, że kiedyś to nie mordowali ludzi i samoloty nie spadały, ale grzechy tej kwestii zostają później odpuszczone, kiedy okazuje się, co miała ona ilustrować i czemu posłużyć. Swoją drogą, choć relacja Elvis-Pułkownik jest osią filmu, widz pozostaje bez kluczowych odpowiedzi na pytanie odnoszące się do biografii managera-pijawki. Nie powinno tak być, ponieważ nie jest to dramat psychologiczny, w którym widz może sobie pewne rzeczy sam dopowiedzieć. W efekcie jest żywiej zainteresowany tym, co działo się z tą postacią, niż z głównym bohaterem... 

 

W związku z sukcesem Bohemian RhapsodyRocketmana w ostatnich latach naturalnym jest wysondowanie czy kolejna muzyczna biografia jest bardziej jednym, czy drugim. Elvisowi z pewnością bliżej do Rocketmana, chociażby poprzez wyrażenie formą tego, z jak barwną postacią mamy do czynienia. Skoro już mowa o tych dwóch filmach, być może zostanie podtrzymana passa odnosząca się do wyróżniania aktora portretującego muzyczną legendę (Oscar i Złoty Glob dla Ramiego Maleka, Złoty Glob dla Tarona Egertona). Austin Butler świetnie sprawdził się w roli pomrukującego bożyszcza z przyczajonym spojrzeniem, w dodatku fantastycznie oddającego barwę głosu Elvisa oraz jego sceniczne ruchy. Jest doskonałym naśladowcą, ale trudno mówić o doskonałej roli, bo i postać - choć bez wątpienia kolorowa - została napisana bez większego jaja, z ograniczoną paletą emocji i ich ekspresji. Jest jedna przywołana przez niego metafora, być może zbyt oczywista i kiczowata, która idealnie podsumowuje tę historię - taka o ptaku, który nie zna innego życia niż w locie, i nie może nie unosić się nawet w chwilach wyczerpania, bo nie ma nóg, którymi mógłby poruszać się po ziemi. 

 

Pod koniec dnia Elvis to film z dużymi ambicjami, który wywiązał się ze złożonych obietnic ze strony formalnej, jednak opakowaniu w wielu istotnych momentach brakuje wypełnienia. Korekty dialogów i niektórych pobocznych wyborów fabularnych (szczególnie związanych z postaciami drugo- i trzecioplanowymi) z pewnością podniosłyby w ogólnym rozrachunku poprzeczkę dla kolejnych filmowych biografii, których na horyzoncie widzimy prawdziwy wysyp. I dobrze. Dzięki temu każdy znajdzie coś dla siebie, a i nawet chwilowe wskrzeszenie dobrej muzyki to zawsze trafiony wybór.

 

Zuzanna Ptaszyńska

Absolwentka stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim zamiłowana w historii popkultury i wszystkim, co brytyjskie.