„Wstawaj, Samuraju. Mamy Netflixa do podbicia...”, czyli „Cyberpunk: Edgerunners” [Recenzja]
Cyberpunk: Edgerunners/imdb.com

„Wstawaj, Samuraju. Mamy Netflixa do podbicia...”, czyli „Cyberpunk: Edgerunners” [Recenzja]

  • Dodał: Sebastian Sierociński
  • Data publikacji: 18.09.2022, 22:32

O uniwersum Cyberpunka w Polsce i na świecie mówi się obecnie głównie za sprawą jednego ze sztandarowych dzieł polskiego studia CD Projekt Red. Na podstawie bestsellerowej gry komputerowej powstał już nawet serial. Dziś opowiem o moich wrażeniach po seansie Cyberpunk: Edgerunners - jednej z najbardziej wyczekiwanych produkcji tego roku.

Widowisko skupia się na postaci Davida Martineza, młodego chłopaka z niższych warstw społecznych, który za sprawą zrządzenia losu wchodzi w posiadanie Sandevistanu, potężnego wszczepu umożliwiającego osiąganie nadludzkiej szybkości i zręczności. Pech chce, że dostępu do urządzenia pragną nie tylko rządzące miastem korporacje, ale zorganizowana grupa najemników specjalizujących się w cyberkradzieżach - tzw. edgerunnerów.



W tym miejscu warto wspomnieć o warstwie fabularnej, która bez wątpienia jest dużym plusem całości, ale jednocześnie nie stanowi największego atutu produkcji. Po pierwszych epizodach wręcz rzuca się w oczy paraboliczne tempo opowieści. Początkowe odcinki spychają nas w wir akcji, dokonując ekspozycji świata i poszczególnych bohaterów. Dzieje się to na tyle szybko, że trudniej jest w pełni zrozumieć relację pomiędzy Davidem a jego towarzyszami. Później natomiast akcja zwalnia, ustępując miejsca chociażby wątkowi miłosnemu o niestety, ale zmarnowanym potencjale. Na szczęście skutecznie maskują to stosunkowo krótkie odcinki. Całość chłonie się błyskawicznie, nawet mimo obecności powolnych momentów.

Taka forma utrudnia też nieco utożsamienie się z postaciami, nawet mimo ich wielkiej charyzmy. Tu jednak również należy się ukłon w stronę twórców. Scenarzyści zadbali, by każdy z bohaterów miał swój odrębny charakter, działał jako mniejszy trybik w fabularnej machinie. Poszczególni edgerunnerzy mają inne motywy, sposoby na życie, a odkrywanie ich skrajnie różnych kodeksów moralnych i przesłanek sprawia zaskakująco wiele satysfakcji.

I choć w kwestii chaotycznych, nierównych ścieżek samej historii jestem w stanie mieć żal jako szary odbiorca, ale i zapalony miłośnik franczyzy, do oprawy wizualnej nie mam żadnych zastrzeżeń. Mało tego - mogę śmiało zapewnić Was, że zatrzymany w losowym momencie Cyberpunk: Edgerunners dostarczy doskonałego materiału na tło pulpitu Waszych laptopów i komputerów. No, może nie licząc szokujących scen gore i nagości, których w opowieści nie brakuje. Ale mimo typowej dla anime stylistyki i statycznych kadrów serial prezentuje się wręcz oszałamiająco. Ospałe, przedłużone ujęcia, zabawa ostrością i perspektywą czy wreszcie przepiękna gra świateł oraz cieni przywodzą na myśl to co najlepsze z cinematiców, którymi przed laty ekscytowało się oczekujące na Cyberpunka 2077 środowisko graczy.



Na dokładkę twórcy zaserwowali nam jedną z lepszych ścieżek dźwiękowych, jakich miałem przyjemność słuchać kiedykolwiek. Pomijam kapitalną czołówkę, przy której ostatnią czynnością, jaką mamy chęć wykonać, jest naciśnięcie przycisku pomiń. Edgerunners, podobnie jak pierwowzór od CDP, może się pochwalić mistrzowsko dobranym soundtrackiem. Poszczególne utwory podkreślają dynamizm czy dramatyzm akcji. Co ciekawe, w jednym z epizodów nie zabraknie również polskiego akcentu muzycznego!

Podczas seansu doświadczyłem dokładnie tego, czego spodziewałem się po serialowym spin-offie gry. Prostego (ale nie banalnego) ukazania brudu, nieczystości skażonego świata Night City. Wątków ludzi z każdej warstwy społecznej, mieszkańców z wyższych sfer marzących o przerobieniu ciała na korpus cyborga, ale i biedaków tęskniących za czasami normalności bez wszczepów, technologicznych ulepszeń i cybernetycznej zabawy w Boga, w której majętni upodabniają się do maszyn, a moralność przestaje mieć większe znaczenie.

Tę przerażającą wizję śledziłem z przejmującą myślą, że jest to chyba jeden z bardziej prawdopodobnych scenariuszy dalekiej przyszłości. Za budującą okazje do snucia przemyśleń historię Davida bez wątpienia należy się wielki plus. A choć nawiązań do gry nie brakuje, widowisko nie stara się zupełnie opierać na popularności tytułu od CDP. Sądzę, że powstałe na zlecenie Netflixa anime bez większych problemów odniosłoby sukces jako oddzielna historia bez sygnatury słynnej marki. To chyba najlepsze świadectwo, jakie mogłem wystawić owemu dziełu. 



Edgerunners to widowiskowa, poruszająca i - nie waham się użyć tego słowa - piękna historia o wymarzonym życiu, które pozostaje poza granicami możliwości. To skryta pod woalem futurystycznego wątku zbliżania się do boskości opowieść o ucieczce od otaczającego świata i zwyczajnych pragnieniach ludzi takich jak my. Choć wad zdecydowanie nie brakuje, serial od japońskiego studia Trigger zapamiętam jako jedyną w swoim rodzaju wędrówkę przez Night City - wyjątkowo ludzką i życiową. I jako historię o wielu z nas. Bo przecież chcemy być lepsi, bliżsi perfekcji, pragniemy urosnąć w oczach własnych i naszych bliskich. A przekroczenie cienkiej granicy moralności, może i człowieczeństwa, czasem przychodzi brutalnie łatwo. A kiedy już tak się stanie, zrozumienie przychodzi za późno. Zostawiam Was z tą symboliczną myślą i gorącym poleceniem Cyberpunk: Edgerunners. Serialu, który dostarczy Wam tego, czego od niego oczekujecie. Niezależnie, czy jest to prosta rozrywka, audiowizualne piękno czy metaforyczne pole do przemyśleń. 

Moja ocena: 7,5/10

Sebastian Sierociński

Student Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Miłośnik kina, literatury, gier komputerowych i muzyki.