Poczucie kresu - „Vortex” Gaspara Noego [RECENZJA]
Picturehouse/YouTube Screenshot

Poczucie kresu - „Vortex” Gaspara Noego [RECENZJA]

  • Dodał: Daniel Sztyk
  • Data publikacji: 23.09.2022, 10:37

Są tacy twórcy, których każda kolejna produkcja elektryzuje publikę. Bez względu na to czy są w szczytowej formie, czy zaliczają jej znaczny spadek, ich filmy są szeroko dyskutowane oraz poddawane licznym analizom. Do takiego grona bez wątpienia zalicza się Gaspar Noe, który od lat dostarcza nam kino przekraczające granice, kino które cały czas stawia nas przed pytaniem czy Noe jest geniuszem, czy jednak przecenianym, budzącym wątpliwości talentem. Ja zdecydowanie należę do pierwszego obozu, ponieważ wizje prezentowane przez Argentyńczyka cały czas mi imponują, a jego filmu regularnie okupują moje topki najlepszych filmów roku. Nie inaczej jest w przypadku Vortex, który, choć zupełnie inny w filmografii Noego, nadal pozostaje skąpany w motywach i stylu charakterystycznych dla tego twórcy. Vortex to także kolejny udany romans Noego z kinem!

 

Już na pułapie samego opisu fabularnego Vortex znacząca odbiega od tego, do czego Noe nas przyzwyczaił. Mający premierę na zeszłorocznym MFF w Cannes obraz to historia starszego małżeństwa, którego życie znacznie wyhamowało. Sprawy zaczynają się komplikować przez chorobę, na którą zapada główna bohaterka. Choć bohaterowie żyją razem, zaczynają się od siebie coraz bardziej oddalać. Ciężko nie pomyśleć, że autorem tego filmu jest jakiś inny twórca. Bardziej wpisuje się to w rejestry interesujące Hanekego czy Haigha. Nie dajcie się jednak zwieść, Noe zmienia formułę, ale nie redefiniuje siebie jako twórcy. Nadal kocha eksperyment, nadal pokazuje świat od tej brzydszej strony, nadal nie boi się szokować.

 

To, co w najnowszym filmie twórcy Climax zrobiło na mnie największe wrażenie, to portret starości proponowany przez Noego. Proces starzenia przypomina tutaj przeprawę rodem z horroru. Każdy kadr pełny jest brudu, czas jest największym wrogiem bohaterów, a panująca dookoła atmosferę można utożsamić z nieustannym niepokojem. Film rzadko pozwala wziąć oddech, choć ma w sobie bardzo wiele cech kina kontemplacyjnego. Fascynujące jest to, że Noe nie potrzebuje środków z kina ekstremistycznego, by generować tak wielkie napięcie. Argentyńczyk udowodnia, że jest twórcą uniwersalnym, który potrafi wrzucać swoje obsesje w różne formuły kina. Myślę, że to jeden z najlepszych portretów starości w kinie ostatnich lat, a także idealna ekranizacja naszych lęków z nią związanych.

 

Nie można przejść obojętnie wobec formy, na jaką Gaspar Noe się w swoim najnowszym obrazie zdecydował. Metoda podzielonego ekranu, czyli tzw. split screen, jest tutaj całkowicie uzasadniony. W jednym okienku śledzimy jego, a w drugim ją. Imponujące jest to, że ten zabieg może nasuwać pewne interpretacje opisywanej produkcji. Bohaterowie mieszkają razem, ale zachowują się tak, jakby żyli oddzielnie. Ich wspólne życie tak naprawdę rozbija się na dwie odrębne egzystencje. Nie potrafię sobie wyobrazić filmu, który mógłby wykorzystać podzielony ekran w bardziej kreatywny i przede wszystkim merytoryczny sposób.

 

Vortex można nazwać spektaklem trójki aktorów. Grający małżeństwo Françoise Lebrun oraz Dario Argento potrafią oczarować swoją grą. Tworzą świetnie zarysowane portrety psychologiczne, które idealnie pasują do tworzonej przez Noego układanki. Trzecim obsadowym strzałem w dziesiątkę jest, wcześniej niewspominany, wcielający się w syna pary Alex Lutz. To, co dzieje się między tą trójką, śledzimy z zapartym tchem, cały czas śledząc kierunki, jakie które ta opowieść.

 

Moją uwagę podczas seansu zwróciły również momenty, w których pojawiają się odwołania do filozofii kina. Jest to ciekawe puszczenie oka do kinomanów i filmoznawców, którzy świetnie odnajdują się w teoriach Bergsona, Deleuze’a czy Epsteina. Nie jest to oczywiście przesadnie pogłębione, ale ten rodzaj autotematyzmu zawsze jest w cenie.

 

Gaspar Noe posiada coś, czego często w kinie mi brakuje, mianowicie ekwiwalent magii tego medium. Choć jego filmy często są skapane w brudnych kolorach i raczej nie zostawiają nas, choćby z garstką nadziei, to cały czas mam ochotę oglądać jego filmy. Vortex wpisuje się w narracje o wielkim kinie. Jest to także diament w filmografii twórcy Nieodwracalnego. Im więcej dni od seansu mija, tym coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to mój ulubiony film w dorobku argentyńskiego mistrza.

 

Moja ocena: 9/10