„The Crown” – sezon 5. [RECENZJA]
Netflix/YouTube screenshot

„The Crown” – sezon 5. [RECENZJA]

  • Dodał: Zuzanna Ptaszyńska
  • Data publikacji: 11.11.2022, 18:40

Krótkie rozeznanie w internecie wystarczyło, żeby zauważyć, iż ogólne nastroje odnośnie do najnowszego sezonu The Crown są takie, że jest on nudnawy w porównaniu do poprzednich czterech odsłon. Faktycznie, te 10 odcinków to najposępniejszy jak dotąd akt hitowego serialu Netfliksa, ale z pewnością nie określiłabym go nużącym. Jest to w moim odczuciu najbardziej dojrzały sezon tej produkcji.

 

Dyskusja wokół piątego sezonu The Crown rozpoczęła się z przytupem, od ogłoszenia, że trzecią aktorką, która wcieli się w królową Elżbietę, będzie Imelda Staunton. Internet zalała fala komentarzy, że dla widzów zawsze będzie irytującą i nieco demoniczną Dolores Umbridge z Harry’ego Pottera, koniec kropka. Nastroje odnośnie do obsadzenia Jonathana Pryce’a w roli księcia Filipa czy Dominika Westa w roli księcia Karola były raczej pozytywne, natomiast obsadzenie Elizabeth Debicki spotkało się z powszechnym uznaniem. Odkąd pojawiły się pierwsze zdjęcia z planu odgrywającej księżnę Dianę aktorki, byłam zachwycona, bo pasowała do tej roli idealnie. Choć w tę postać wcieliło się na przestrzeni lat kilkanaście aktorek, Debicki pozostawiła wszystkie z nich daleko w tyle (no dobrze, może usytuowanie jej poprzedniczki, Emmy Corrin z czwartego sezonu serialu, to mniej odległy tył). Ale po kolei.

 

Imelda Staunton w roli Elżbiety wypadła bardzo dobrze. Na szczególne uznanie zasługuje jej tębr głosu oraz maniera mówienia, która zrobiła na mnie wrażenie już w zwiastunie. Widać to szczególnie w scenie, w której królowa wygłasza przemówienie, określając rok 1992 jako annus horribilis – wypowiadaniu tych słów towarzyszyła wręcz identyczna mina Staunton, która zagościła na twarzy królowej Elżbiety. Wyprzedzając fakty – podobna perfekcja zaistniała także w scenie udzielania przez Dianę wywiadu Martinowi Bashirowi. Z niezwykłą precyzją udało się odtworzyć nawet długość przerw między poszczególnymi słowami. Twórcy The Crown zawsze jednak powtarzali, że ich serial nie jest rekonstrukcją historyczną – z tego też powodu w czwartym sezonie, ku rozczarowaniu wielu widzów, nie odtworzono ceremonii ślubnej Karola i Diany. Sami aktorzy przyznali, że bezzasadne jest odmalowywanie scen, które wszyscy doskonale znają, a dużo bardziej interesujące jest pokazywanie ich kulisów i tego, co dla przeciętnego oka nie było dostępne. I tu nasuwa mi się refleksja odnośnie do pewnej sceny Karola i Diany, już po rozwodzie, kiedy książę odwiedza byłą żonę w Pałacu Kensington. Od razu zaznaczę, że nigdy, pisząc o The Crown, nie pomyślałabym, że serial ten w ogóle da się zaspoilerować – jednakże o tej scenie wolę za dużo nie mówić, ponieważ nie wiadomo czy zdarzyła się naprawdę i... to jest niebezpieczne. Jasne, wiele scen w tym serialu, przede wszystkim rozmowy między członkami rodziny królewskiej czy audiencje premierów u królowej, są fantazją scenarzystów. Owa rozmowa czy, szerzej, cała sytuacja, którą twórcy przedstawili, została tak skonstruowana, że mogłaby nawet wpłynąć na naszą percepcję związku Karola i Diany. Jej obecność mnie bardzo zaskoczyła, a nawet skołowała. Ale dość już o niej – zachęcam do obejrzenia i refleksji.

 

Już po pierwszym odcinku nasuwa się osąd, że królowa jest jakaś taka szorstka i mało przystępna w porównaniu z Elżbietą w wykonaniu Claire Foy i Olivii Colman. Nie jest to jednak wina Imeldy Staunton, ale według mnie bardzo świadoma seria zabiegów. Królową targa coraz mniej wewnętrznych rozterek, a przynajmniej takich, do których śledzenia zapraszają nas twórcy. Ukazany w serialu okres nie jest dla Elżbiety niczym przyjemnym. Mamy pożar zamku w Windsorze, separacje i rozwody trojga z czworga dzieci monarchini, groźbę odebrania ukochanego królewskiego jachtu oraz, a może przede wszystkim, pewne zderzenie z rzeczywistością – monarchia nie przystaje do nowoczesnego świata, a królowa nie umie się zaadaptować. Nazwałabym owe zderzenie skostniałości z postępem tematem przewodnim tego sezonu. Przy okazji udało się wyeksponować motywy, którymi kierował się książę Karol w swojej działalności i wizjonerstwie. Bardzo dobrze wypadło zaprezentowanie jego progresywności oraz poglądu na rolę monarchii w dzisiejszym świecie, co jest tym bardziej cenne w kontekście warunków, w których oglądamy piąty sezon The Crown. Karol jest teraz królem i pomału wciela swoje idee w życie. Mamy więc szansę zagłębić się w jego wizje i impulsy, które twórcy serialu odzwierciedlili niemal z kronikarskim wysiłkiem.

 

Skoro mowa o Karolu, muszę stwierdzić, że najnowszy sezon serialu jest fair w stosunku do niego oraz innych członków rodziny królewskiej. Z jednej strony mamy sceny, w których – tradycyjnie – Karol zły, Diana dobra, ale nie jest to nagonka na księcia rodem z czwartego sezonu produkcji. Związek z księżną Walii oraz rozterki Karola zostały rozłożone na części pierwsze i przeanalizowane. Udało się zarówno wytknąć jego błędy, jak i pochylić się nad jego tragedią. Podobnie udało się uczłowieczyć Kamilę Parker-Bowles, która, kiedy trzeba, jest pokazywana jako prowodyrka nieszczęścia Diany, aby potem spojrzeć na nią łaskawym okiem i wejrzeć w jej poświęcenia i krzywdy. Bardzo wyraźnie wybrzmiał dylemat czy poddani wolą nieszczęśliwego i samotnego następcę tronu, czy chcą go widzieć szczęśliwego i bliskiego zwykłemu człowiekowi, dla którego rozwód i ponowne wstąpienie w związek jest czymś normalnym.

 

Piąty sezon obfituje w trafne metafory, takie jak na przykład zestawienie Guya Fawkesa z tym, co zamierza zrobić księżna Diana. Najbardziej uderzające i wbrew pozorom wielowarstwowe występuje w odcinku Dom Ipatiewa. Jest to bodajże mój ulubiony odcinek tej odsłony serialu. Zagłębiamy się w nim w kwestię stosunków brytyjsko-rosyjskich po dojściu Borysa Jelcyna do władzy, trudny dla tych relacji wątek zabójstwa rodziny carskiej przez bolszewików oraz arcyciekawą problematykę poszukiwania przez księcia Filipa swoich korzeni. Moje jedyne zastrzeżenie odnosi się do pokazania, jakoby to królowa Maria była decydentką w sprawie odmówienia carowi Mikołajowi i jego rodzinie azylu w Zjednoczonym Królestwie. Nie wybrzmiał jeden z faktycznych powodów tej decyzji, który zarazem byłby cegiełką do budowania motywu przewodniego tego sezonu – obawiano się, że udzielenie schronienia zdetronizowanemu kuzynowi króla będzie stymulować społeczne napięcia i skłoni do zadawania pytań o sensowność trwania monarchii brytyjskiej.

 

Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie wyeksploatowanie wątku premiera Johna Majora, który w historycznym dyskursie traktowany jest zwykle jako przerywnik między rządami Margaret Thatcher i Tony’ego Blaira. Szef gabinetu ma jednak kilka istotnych ról do odegrania, a sama postać wywołuje bardzo pozytywne emocje. Wspomniany już książę Filip jest na jeszcze bardziej rozbudowanej niż w poprzednich sezonach pozycji autorytetu, jest głosem rozsądku, a momentami nawet psychologiem najbliższych mu osób. Miłym zaskoczeniem było również przedstawienie nieco buntowniczej postawy księżniczki Anny, która świetnie sobie radziła w nieco humorystycznej triadzie z Królową Matką i księżniczką Małgorzatą. Rola siostry królowej jest idealną kontynuacją kreacji Vanessy Kirby z dwóch pierwszych sezonów serialu. O ile Helena Bonham-Carter jest doskonałą aktorką i zmieniła oblicze Małgorzaty, Lesley Manville nie tylko wierzymy, że jest starszą wersją Kirby, ale też z zachwytem przyglądamy się jej przedłużeniu charakterologicznemu młodej Małgorzaty. Jest to tym bardziej przyjemne, że obserwujemy, jak księżniczka konfrontuje się z przeszłością (a w roli przeszłości legendarny Timothy Dalton!) 


Piąty sezon The Crown jest szczegółowy, kumuluje wiele przykrych epizodów, dlatego otacza go aura przygnębienia. Mój największy zarzut odnosi się do niedostatecznego, moim zdaniem, zgłębienia pożaru zamku w Windsorze oraz konsekwencji tego wydarzenia. Pozytywnym zaskoczeniem jest zaś rozciągnięcie problematyki wyłączenia HMY Britannia z czynnej służby oraz wątku Mohameda Al-Fayeda (w tym w pewnym sensie jego rozczulającej relacji z byłym królewskim kamerdynerem). Niemalże wszystkie wyeksponowane wątki mają przesłanie zderzenia tradycji z pędzącym naprzód światem. Potrzebę otwierania się na otoczenie według mnie symbolicznie podkreśla obecność wątków zwykłych osób w ostatnich dwóch sezonach produkcji. Widać, że królowa odeszła na nieco dalszy plan, nasze obcowanie z nią nie jest już tak intymne, jak w poprzednich sezonach. Myślę, że zmieni się to w ostatnim akcie, kiedy pojawią się wewnętrzne rozterki związane ze śmiercią księżnej Diany i publiczną krytyką za brak reakcji monarchini. Ale na to przyjdzie nam poczekać jeszcze dwa lata.

Zuzanna Ptaszyńska

Doktorantka Uniwersytetu Warszawskiego (nauki o polityce i administracji - stosunki międzynarodowe) zamiłowana w historii popkultury i wszystkim, co brytyjskie.