W teatrze życiowych smutków - „Duchy Inisherin” Martina McDonagha [RECENZJA]
SearchlightPictures/YouTube Screenshot

W teatrze życiowych smutków - „Duchy Inisherin” Martina McDonagha [RECENZJA]

  • Dodał: Daniel Sztyk
  • Data publikacji: 23.01.2023, 13:19

Czy relacje kina i teatru powinny się zacieśnić, czy raczej dystans między nimi powinien rosnąć? Każdy badacz pewnie miałbym inna zdanie na ten temat. Martin McDonagh to jednak człowiek, który udowadnia, że efektem tej relacji mogą być piękne kulturowe owoce, a Duchy Inisherin to wspaniałe dziecko kinematografu i sceny. To również tekst, którego mógłby pozazdrościć sam William Szekspir. To wszystko jednak nie powinno zaskakiwać, ponieważ nazwisko 52-letniego Irlandczyka już od lat kojarzy nam się z wysoką jakością.

 

Czwarty pełny metraż w dorobku irlandzkiego dramaturga ma bardzo prosty punkt wyjścia. Na jednej z irlandzkich wysp śledzimy losy dwóch przyjaciół. Życie jednego z nich wywraca się do góry nogami, gdy ten drugi postanawia zrezygnować z ich relacji. Duchy Inisherin to właśnie zapis dążenia do poznania odpowiedzi na pytania: Co się stało? Dlaczego on nie chce się już ze mną przyjaźnić?. Nie myślcie jednak, ze obraz ten nie oferuje nic więcej. McDonagh zgrabnie obraca główny wątek w taki sposób, by odsłonić kolejne znaczenia tej historii. Refleksja zaczyna się rozrastać, a film zaczyna zmieniać prostą historię w głęboką opowieść. Dzięki temu Duchy Inisherin nie są tylko kinem o skończonej relacji, ale również o tym, co dzieje się z jednostką, gdy jedynym co dostaje od społeczności jest cierpienie, o tym czym może skutkować zderzanie się odmiennych wrażliwości oraz o tym, jaką cenę trzeba zapłacić, żeby pozostać sobą. Bardzo ciekawie wygrane są tutaj relacje ludzi ze zwierzętami. Główny bohater to romantyk, który zachwyca się otaczającym go światem przyrody. W kontakcie ze zwierzętami odnajduje lekarstwo na zgniliznę moralną społeczności, w której się znalazł. Duchy Inisherin to także refleksja nad rolą sztuki w życiu człowieka. Czy bycie artystą to zbawienie, a może przekleństwo? Czy sztuka to źródło cierpień, a może narzędzie katharsis? Konteksty można by mnożyć i mnożyć.

 

Warto tez odnieść się do teatralnego rodowodu tej produkcji. Duchy Inisherin to wspaniała realizacja zasady trzech jedności (czasu, miejsca oraz akcji). Film McDonagha to przeniesienie na wielki ekran ram kojarzonych z teatrem szekspirowskim. Mamy tutaj postać, która stanowi zapowiedź tragicznych wydarzeń (skojarzenia z wiedźmami z Makbeta wydają się nasuwać same). Duchy Inisherin to również ogromne znaczenia aktorstwa. Dawno nie widziałem tak świetnie zagranego filmu. Wszelkie laury należą się Colinowi Farrellowi, który zagrał tutaj najlepszą rolę w swojej karierze. Jego Padraic to ucieleśnienie wszystkich ludzkich emocji. Wrażliwość pomieszana z gniewem, prosta radość z codziennych czynności czy wyraz stopniowo umierającej nadziei, to wszystko Farrell gra bez zawahania, bez popadania w karykaturę czy fałsz. Oscar dla irlandzkiego aktora nie będzie żadnym zaskoczeniem, bo to po prostu kapitalnie zbudowana rola. Potwierdzicie moje słowa po zobaczeniu monologu w pubie. Rewelacyjni są również Barry Keoghan w roli romantycznego wyrzutka oraz wcielająca się w siostrę głównego bohatera Kerry Condon, która w bardzo udany sposób portretuje silną, niezależną kobietę. Czułem za to lekkie rozczarowanie rolą Brendana Gleesona, które wynika bardziej z moich oczekiwań niż z samej gry aktora.

 

Duchy Inisherin to również realizacja stałej w kinie McDonagha hybrydy. Mowa o sprytnym przeplataniu komedii z dramatem, które już po raz czwarty daje doskonały efekt. Kiedy ma być zabawnie, to jest zabawnie, a kiedy ma być dramatycznie, to dostajemy poruszający nasze struny wrażliwości cios. Najbardziej imponuje mi fakt, że nawet gdy w Duchach Inisherin przychodzi pora na śmiech, to jest to pełny goryczy moment. Całość ogląda się ze łzami w oczach, poruszenie ma okazję zaistnieć już w pierwszej scenie i trwa do samego końca. Chyba nikt we współczesnym kinie nie miesza tragedii z komedią lepiej niż McDonagha.

 

Urzekła mnie refleksyjność Duchów Inisherin, które znacznie różnią się od innych obrazów w dorobku Martina McDonagha. Jest to znacznie spokojniejszy film od poprzednich obrazów Irlandczyka, które może wyznaczać nowy prąd w jego twórczości. Mistrzowi współczesnego dramatu do twarzy jest zarówno z efekciarstwem, jak i z nieco bardziej intymnym kinem. Duchy Inisherin to pokaz wszechstronności oraz twórczej świadomości, która pozwala na tworzenie rzeczy wielkich. Scenopisarska błyskotliwość, przemyślana reżyseria, wybitne aktorskie kreacje, piękne zdjęcia oraz widoczny w każdym kadrze kunszt czynią Duchy Inisherin poważnym kandydatem do filmu roku. Szkoda, że na następny film McDonagha przyjdzie nam czekać kolejnych kilka lat. Z drugiej strony, może to lepiej, że Irlandczyk się nie spieszy. Lepiej poczekać, by potem się pozachwycać. Teatr i kino już dawno nie miały tak wspaniałego dziecka.

 

Moja ocena: 9/10